Przecław (Szczecin) – Namysłów (Czochraj Bobra) – Poznań

Przed wyjazdem do Szczecina/Przecławia, pojechałem na próbę z Darmo. Zaczęliśmy o 22, bo wcześniej się nie dało. Graliśmy godzinę, ale to i tak o 45 min za długo, bo w sali bez klimy jeno z małym, biurowym wiatraczkiem, niewyróbka była totalna. A to tylko nieśmiała zapowiedź tego, co miało nas czekać na festiwalu w Namysłowie.

Do Przecławia wyjechaliśmy o 9. Spakowałem się dzień wcześniej, żeby na rano mieć wszystko pohetane. Planowałem zamówić ubera na 9.30. Ok. 8.45 zadzwoniła do mnie dr Joanna z informacją, żebym rozsunął rolety po nocnym zaciemnieniu i spojrzał za okno. Uczyniłem to i ku mojemu zdziwieniu, niewiele się zmieniło. Na zewnętrzu panowały egipskie ciemności; niebo zasnute burzowymi chmurami; zanosiło się na potężną ulewę. Przyspieszyłem więc z porannym zbieractwem, ubera zamówiłem chwilę po ósmej; pan przyjechał punktualnie, ale i tak na nic się to zdało, bo, choć u mnie jeszcze nie padało, na Ursynowie zaczęło pół godziny wcześniej i ruch na drogach stanął jak sztyca z rana. Miast przepisowego kwadransa jechaliśmy 40 minut. Pod Proxą byłem na styk. Tyle co wysiadłem z taryfy, lunęło na nas jak z cebra. Schowałem się pod daszkiem przy kompleksie sportowym na Banacha i tam, w strugach deszczu, oczekiwałem busa z kolegami. Ten na szczęście przyjechał punktualnie. Mimo że miałem do przejścia parę metrów, zmokłem jak kura. Miasto tymczasem topiło się pod naporem ulewy. Studzienki zamieniały się w gejzery i wypluwały wodę na metr do góry. Na szczęście na naszej trasie nie było żadnego większego przestoju, więc dość szybko wydostaliśmy się z Warszawy na trasę, do Szczecina. Trzeba bowiem Państwu wiedzieć, że Przecław, w którym grać mieliśmy i zagraliśmy, to dalekie forpoczty wielkiego, portowego miasta. W zasadzie bliżej stamtąd do Niemca, bo zaraz obok jest granica w Kołbaskowie. Tak czy inaczej, na koncert zjechało się bardzo dużo szczecińskich kolegów i koleżanek. Niektórych znałem nawet z imienia i nazwiska. Była Alicja z Vespy. Kefir był. Ponton z małżonką. Marta z Pawłem. Dr Yry z rodziną z Połczyn Zdroju oraz kiszonkami na zdrowotność wprost z zakładu. Nawet Harry, ze starego składu Analogsów, został wypatrzony, choć nie porozmawiany, bo i nie było sposobności.

Całą drogę do Szczecina przespałem, bo pogoda sprzyjała, poza tym miałem miejsca leżące, gdyż mój partner podróżował tego dnia solo, pociągiem z Zielonej. Przyjechaliśmy, oczywiście po czasie, bo długa droga, sporo stacji i częstosik. Ulokowali nas w hotelu, niedaleko placu Urzędu Gminy, przed którym występowaliśmy. Znałem ten hotel, bo już raz tam nas położono. Przyczepiony doń tor gokartowy i basen mile łechtał próżność na okoliczność godziny wolnego czasu. Wybrałem basen. Popływałem w tę i nazat, wypociłem toksyny na saunie i wycisnąłem godzinę co do minuty. Zdążyłem jeszcze zajść na szybką kolację do knajpy, bo nie ma nic gorszego, jak głodny Jarek na scenie.

Zeszło się sporo ludzi, nie powiem, szczelnie wypełnili placyk przy gminie. Zaczęliśmy punktualnie. Pół dnia zanosiło się na ulewę, ale ta, najwidoczniej przeszła bokiem, u Niemca, i na czas naszego występu zrobiło się nieznośnie parno. Ubrałem na scenę szarą koszulkę, na której, po kilku numerach, wykwitły mi na klatce piersiowej wielkie plamy opadowe potu i rozlały się ku dołowi, tworząc dziwaczny bohomaz, podobny, jak zawyrokował Kazik, do jego psa.

Sam koncert dobry, z energią i wesołością. Szybko poszedł, choć wymęczył jak każdy. Po zostaliśmy chwilę na konsumpcję i osuszenie spoconych łbów. Nie planowaliśmy żadnego wystawnego bankietu po, zważywszy na to, że nazajutrz mieliśmy do przejechania prawie 500 kilometrów na wczesną próbę. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy się nie spotkali ze znajomymi, choć na chwilę, zwłaszcza że okazji ostatnio nie było zbyt wiele. Zeszli się szczecińscy koledzy, zeszliśmy i my z pokoju. Posiedziałem godzinkę, półtorej. Został niedosyt, ale zwyciężył rozsądek i łeb bez kaca. Plan miałem ambitny, żeby wstać o 5 rano, pójść pobiegać, wrócić, dopakować się, umyć, dalej śniadanie i wyjazd. Z tych wszystkich założeń zdążyłem umyć tylko zęby. Ruszyliśmy po śniadaniu, chwilę przed ósmą.

– Czochraj tego bobra! –

Dzień zapowiadał się upalny i gorący, choć pogoda w internetach wskazywała na coś innego. Pospaliśmy się w busie w zasadzie od razu, bo cóż tu robić o ósmej rano, z perspektywą 400 kilometrów z hakiem w zamkniętej puszcze. Nawet nie chciało się nam nic oglądać. Postój wyprzedzał drugi postój, stacja kolejną stację. Ciągnęła się ta upiorna droga jak msza.

Dotarliśmy na miejsce po 12. Na scenie panował jeszcze rozgardiasz, jak to w takich sytuacjach, na dawno niewidzianym festiwalu. Tego dnia miałem do opędzenia dwa zespoły, bo prócz reczitalu z The Cult, o 17 grać miałem z Darmo. Korzystając z wolnej chwili na scenie dużej, na której występował Kult, zaszedłem po sąsiedzku, na scenę małą, i nagłośniłem sobie puzon na czas występu z Darmo.

Po próbie pojechaliśmy na obiad do przepysznej i przepięknej, secesyjnej restauracji Limba; koledzy ze Strachów/Pidżamy siedzieli już przy stołach. Wjechały na parkiet specjały śląskiej garmażerki; rolada, kluski z dziurką, kapusta, wszystko świeże i smaczne. Zespół na K. pojechał nocować na pokoje, bo występował późno w nocy. Ja natomiast udałem się na festiwalowy plac, powitać kolegów Darmozjadów którzy byli już u bram. Czekając na moich muzykantów połaziłem po terenie, zbiłem piątki z toną znajomych i ćwiercią tych, którzy znali tylko mnie i powróciłem pod brezent, bo na powietrzu było gorąco nie do wytrzymania. Koledzy z Darmo dotarli w jednym kawałku choć na dwa auta. Pioter z razu zaczął narzekać, że już się rozpływa, więc ratowaliśmy się czym kto miał; wodą, piwem, solami trzeźwiącymi, byleby jakoś dotrzymać.

Na start zagrał jeleniogórski Fort BS, a po nich my. Zeszło się słuchaczy pod scenę od metra, co jeszcze kwadrans przed występem nie było takie pewne, bo żar lał się z nieba jak surówka w hucie. Z racji tego że olaliśmy próbę, pozostał nam kwadrans soundchecku, po którym ruszyliśmy z kopyta. Już po pierwszym numerze byłem spocony jak mysz, zresztą jak my wszyscy. Jeszcze na próbie, Pioter namawiał mnie, żebym śpiewał zwrotkę do utworu „To Ty”, którą nagraliśmy do spółki z kolegami z The Analogs, do słów autorstwa Piguły. Ja mu na to, że po co, skoro będzie oryginalny śpiewak w osobie Kamila, to i się go poprosi, żeby wpadł i się powygłupiał. Oczywiście niczego podobnego nie zrobiliśmy, aż tu nagle, zupełnym przypadkowym zrządzeniem losu, tuż przed rzeczoną piosenką, na scenę wtargnął wytatuowany starszy człowiek, po czym zawołał szwagra i kompletnie zdefasonowali nam występ.

Skończyliśmy koncert po godzinie. Koledzy pojechali obmyć się do hotelu, tj. domu starców, w którym urządzono im spalnię. Spać jednak nie dało, bo na korytarzu uruchomił się alarm przeciwpożarowy i nie szło go wyłączyć, a, proszę mi wierzyć, wył tak, że urywało łeb. Ja natomiast, kiedym się ogarnął, udałem się, per pedes, do hotela. Zeszło mi się dobre pół godziny spaceru. Mozę dlatego, że szedłem na bosaka, bo klapki mnie uwierały.

W przeciwieństwie do aury na zewnątrz, w hotelowym pokoju panował przyjemny chłodek. Zmieniłem jeden strój służbowy na drugi i pojechaliśmy z powrotem na scenę, tym razem w drugim wydaniu. Chodziły słuchy, że zaczniemy później bo jest spora obsuwa, ale udało się nam, psim swędem, wyjść na scenę o czasie. Przed Kultem, na małej scenie, wydurniali się Analogsi. Kazik był przez chwilę na ich występie i widocznie tak mu się spodobało, że zagraliśmy tego wieczora jeden z lepszych koncertów ever. Proszę mi wierzyć, nie pamiętam od dawna tak dobrego występu w naszym wydaniu. I nie są to bynajmniej moje, odosobnione refleksje. Nazajutrz, kolega Nizinkiewicz z Rzepy, który był na naszym koncercie, napisał mi sms, w którym potwierdził to, co napisałem powyżej, plus dodał kilka miłych słów od siebie.

Dzień koncertu w Namysłowie to nie był jednak zwykły dzień. Był to bowiem też dzień 61. urodzin marszałka seniora, o czym doskonale pamiętałem. Koledzy też pamiętali, i po koncercie, w namiocie, przy bigosie i piwie, głośne sto lat niosło się po lasach okolicy. Przed odjazdem na nocleg, poszliśmy jeszcze, ja i On, posłuchać Zielonych Żabek, którzy tego dnia kończyli festiwalowy maraton. Pożegnaliśmy się ze Smalcem spode sceny i ruszyliśmy w drogę. Pod hotelem urządziliśmy sobie mały, zespołowy bankiet. Nie trwał on zbyt długo, bo było dość późno, a wyjazd do Poznania, gdzie graliśmy trzeci koncert z rzędu, zaplanowano na 10. Położyliśmy się spać ok. 3. Tu też chciałem pobiegać z rana, ale znowu nie starczyło czasu. Buty do dżogingu przeleżały nietknięte w walizce, do samej Warszawy.

– Poznań –

Ro temu byłem z Joanną na urodzinach mecenas Maćka w Poznaniu i zatrzymaliśmy się w tym samym hotelu, w którym tego dnia nas położono. Był też i mecenas Maciek. Wpadł z życzeniami do solenizanta i z załącznikami, gdyż głupio tak z pustą ręką. Na próbę się spóźniliśmy, bo się zgubiliśmy. Mieliśmy grać w Poznaniu na lotnisku, tak jak przed miesiącem, ale nikt nam nie powiedział, że po drugiej stronie pasa startowego. Kazimierz na próbie nie śpiewał. Uważał na głos, bo od rana zaczął chrypieć i zachodziła obawa, że może być tego dnia różnie z występem. Na szczęście poszanował się umiejętnie i dotrzymał wokal do końca, choć momentami bywało chybotliwie, co oczywiście wyjawił szerszej publiczności.

Naszło się ludzi tego dnia na Ławicę, że klękajcie narody. Widok ów radował serce i umysł, gdyż było jak za starych, dobrych, przedcovidowych czasów. Wiara poznańska dokazywała a i nam się dzięki temu leciuchno grało. Po występie przyszedł na Jarka zmęczeniowy kryzys. Zasiadł na plastykowym krzesełku za sceną, podumał, obtarł gębę papierowym ręcznikiem, i dał się porwać Ryśkowi do busa bez protestów. W hotelu nawet nie udawałem zainteresowanego wieczorną zabawą i opadłem na wyro jak nieżywy. Miałem dodatkowy powód na takie dictum, gdyż z rana umówiłem się z kolegą mecenasem na oglądanie działki w okolicach Tuczna. I obejrzałem. Mecenas woził mnie po okolicy puszczy Zielonka ze 3 godziny. Tu jezioro, tam jezioro, tu rezerwat, tam arboretum. Naprawdę, dawno nie widziałem tak urokliwego miejsca, i kto wie, jak mi się tam spodoba jeszcze raz, a wybieram się ponownie na okazanie w niedzielę, może zmienię otoczenie, bo dla takiego miejsca chyba warto. Tak żeśmy się rozpędzili z mecenasem w tym zwiedzaniu okolicy, że małośmy się nie spóźnili na pociąg. Na szczęście ten też był opóźniony, a do tego zatrzymywał się w Swarzędzu, gdzie mieliśmy bliżej. Czasu starczyło na tyle, że na peronie raczyliśmy się kebabami, jak na polskich turystów przystało. Uprzedzę dalsze pytania: tak, mieliśmy plastikowe siatki, a na nogach japonki (ja) i skarpety (mecenas). Swojego dania nie dojadłem, gdyż akuratnie pociąg zmniejszył opóźnienie i dojechał do Swarzędza o czasie. Na przekór temu, co mówiła pani w budce z kebabem, że nie musimy się spieszyć, bo ten do Warszawy i tak się zawsze spóźnia. W piekle jest ponoć specjalne miejsce dla ludzi wyrzucających niedojedzone kebsy; na szczęście mnie w nim nie zastaną, bo swój posiłek zabrałem do pociągu i, jak należy, pochłonąłem na korytarzu, nie narażając współpasażerów na straty moralne. Kiedy już to zrobiłem, miałem się zabrać do pisania tego tekstu, ale na tyle mnie to wszystko obciążyło, że siedziałem tylko niczym w stuporze, patrzyłem tępo w otchłań okna i trawiłem w cichości, jak wąż swoją ofiarę…do dziś.

c.d.n.

Wracam!

Moim ulubionym odcinkiem serialu „Zmiennicy” jest „Krzyk ciszy”. Jan Oborniak, niespełniony dramatopisarz z gminy Skórzec, popełnia powieść o rzeczonym tytule. Ta, dziwnym zbiegiem okoliczności, zyskuje uznanie najwyższych czynników, ale okazuje się, że w wydawnictwie, jedyny egzemplarz który się uchował, poszedł na przemiał. Finał finałów jest taki, że nie da się odzyskać rękopisu, ale…

Marian Koniuszko, siedząc z Janem Oborniakiem i Jackiem Żytkiewiczem, zmiennikiem, w chałupie rodzinnej w Skórczu, gdzie, jak wiemy, sracz był oddalony od wyra i szło się w deszczu, patrzy posępnie na obrazek na którym widać Zamek Królewski w Warszawie, i rzecze do pisarza: „ – Po wojnie kamień na kamieniu się nie ostał, a jednak ludzie chcieli i dało się odbudować”. Oszczędzę Państwu dalszych spoilerów, ale ostatecznie pisarz bierze się za siebie i postanawia odtworzyć książkę z pamięci. Może nie dokładnie taką samą, ale tę samą; z faktami, imionami, nazwiskami, bohaterami. I ja dziś Państwu też składam taką obietnicę. Odtworzę ile się da z tego półtorarocznego marazmu w którym tkwiłem, a czego nie zdążę, może nadrobią inni. Żeby zachować jakąś prawidłowość w tym galimatiasie, będę szedł od końca ku początkom, gdzieniegdzie wtykając bieżączkę. Trzymajcie za mnie kciuki.

Rzeszów – Wichrowe – Kato x 2

Rzeszowski koncert miał być juwenaliami, i w rzeczy samej, oficjalnie nimi był. Z tym że dość nietypowymi, ponieważ organizowanymi w…Filharmonii Podkarpackiej. Przymiarki do Rzeszowa zaczęły się bowiem jeszcze w marcu tego roku. Na początku brać studencka, nie dostając zgody miasta na organizację juwenaliów w tradycyjny sposób, zdecydowała się zaprosić nas na…juwenalia on-line. Gdzieś w okolicach wakacji zeszłego roku przeprowadziliśmy w ansamblu rozmowę internetową, podczas której większość kolegów sprzeciwiła się występom online. Tym razem jednak, Rzeszów zapraszał nas do siebie, do miasta, na sali transmisyjnej mieli być też inni ludzie, a stream miał iść po akademikach etc. Rzecz miała się dziać w maju, jak to juwenalia. Pamiętam, że w tamtym czasie próbowaliśmy się razem z Janem i Mariem względem nagrań na „Ostatnią Płytę” i szlifowaliśmy aranże. Na raz rozćwierkały się komórki i na zespołowym forum pojawił się rwetes, bo ktoś czegoś nie doczytał, i wielkie halo, że Rzeszów ma być online’owy a przecież ustalaliśmy co innego. Przetoczyła się burza mózgów, argumenty za i przeciw, i po ponownym przeliczeniu głosów wyszło na to, że jednak większość jest za. Przeważył jeden głos. Trzeba Państwu wiedzieć, że to był najgorszy z możliwych momentów, w którym w tym roku się znajdowaliśmy. Akuratnie tego dnia w Polsce zanotowano maksymalny poziom zachorowań, coś ponad 30 tysięcy, i wizja utraty choćby minimalnego światełka w tunelu względem pracy i zarobków, których nie widzieliśmy wówczas od prawie roku, dość mocno podziałała na wyobraźnię, nawet tych, dla których koncert online był tylko uświadomioną koniecznością. Wietecha rzecz przyklepał, już mieliśmy się szykować do wyjazdu, aż tu Rzeszów ogłosił, że zmieniają datę, ponieważ może będzie można organizować koncerty, gdyż mieliśmy górkę covidową za sobą i dało się słyszeć tu i ówdzie, że rząd myśli nad poluzowaniem wisielczego sznura na którym dyndaliśmy od wczesnej jesieni. Ostatecznie stanęło na tym, że zagramy nie na powietrzu, a w środku i do tego w Filharmonii, choć pierwotnie miał być to koncert elektryczny. Skoro tak dziatwa uradziła, nie pozostawało nam nic innego, jak wziąć się z tym za bary w wersji anplaktowej, zwłaszcza że nigdy jeszcze nie graliśmy anplaktu w Rzeszowie tamże i byliśmy w ciągu bezprądowym od jakiegoś czasu, ponieważ większość naszych tegorocznych występów to poprzekładane bądź aktualne sety akustyczne. Wybór anplaktu miast elektryka pociągał za sobą jednak pewną niedogodność; zarówno Dr Yry jak i Zacier nie mogli tego dnia pojawić się w Rzeszowie, ale z tym też jakoś potrafiliśmy sobie poradzić, choć nie powiem, momentami było ciężko.

Do Rzeszowa dotarliśmy w bardzo dobrych humorach, wprost z dnia wolnego na Wichrowym Wzgórzu. Ma się rozumieć, dla kogo wolnego, dla tego wolnego, ale część z nas miała za sobą bardzo miły wieczór i poranek, a nawet zaryzykuję że wszyscy. Przyjechaliśmy jeno na chwilę do hotelu, zrzucić graty, a stamtąd-wprost do budynku Filharmonii. Dało się czuć tego dnia lekkie rozprężenie, za sprawą kanikuły u Jarosława Paczkowskiego w Przybysławicach oraz faktu, że to ostatni anplakt tego roku, więc można było sobie dać nieco lejce na reset. Ale tylko nieco. Sam koncert nikogo specjalnie z muzyków nie zaskoczył. Publiczność rzeszowska za to przyjęła nas niezwykle serdecznie. Jakbyśmy nie byli u nich ze sto lat albo i dłużej, a to raptem…dwa lata od ostatniego spotkania. Może właśnie dlatego Rzeszów tak bardzo był tego dnia na niebiesach kiedyśmy grali, bo w nas samych, radość mieszała się z pewną ulgą, że anplakty, które skądinąd bardzo lubimy, kończą się, a wraz z nimi zaczynają się na dobre ukochane w lato plenery, choć oczywiście, nie należy chwalić dnia, zwłaszcza w covid, bo przekorny los może z nas zadrwić choćby zaraz.

Do hotelu wróciliśmy szybko i sprawnie. Mimo że pora była późna, na zewnętrzu wciąż panował skwar nie do wytrzymania. Koledzy zasiedli na dole, przed budynkiem. Ja na chwilę też. Wróciłem do pokoju żeby obmyć twarz i miło się zaskoczyłem, kiedy zobaczyłem że trwa jeszcze dogrywka meczu Italia-Hiszpania. Pozostałem więc z pilotem na stanowisku, a po ostatnim karnym odpadłem jak trup.

Pokój mieliśmy na trzecim piętrze, z widokiem na ruchliwą ulicę. Bez klimy. Otworzyliśmy balkon na oścież. Do 4 rano zdawało to jeszcze jakoś egzamin, ale zaraz po na swoje tory wróciły pierwsze tiry, zaraz po nich osobówki, a potem to już wszystko poszło, także spania nie było wcale albo prawie wcale. Na szczęście wyjeżdżaliśmy wcześnie, bo Wojtek miał ważne sprawy w Warszawie, więc była szansa dospać w busie u Ryśka, a u niego klima działa jak na Alasce. Spaliśmy niemal całą drogę, bo i zaległości były i łeb każdemu trochę ciążył. Zajechaliśmy Do Warszawy w komplecie. Kiedym wysiadał przy Proximie, uświadomiłem sobie, że nie mam klapków na nogach, bo…od Wichrowego począłem, nawet po ulicy, chodzić boso, buty wzuwając jedynie na czas reczitalu. Wsiadłem więc tak do ubera, nie wzbudzając najmniejszych podejrzeń pana Hassana, i bez obuwia poczłapałem do domu…

Wichrowe Wzgórza

Z tymi Wichrowymi to było tak. Od dawna wiedzieliśmy, że między Katowicami a Rzeszowem będzie dzień przerwy. Logika podpowiadała, że to zupełnie bez sensu wracać na pół dnia do Warszawy, żeby nazajutrz, z rana, wyjeżdżać do Rzeszowa. Sam już wcześniej planowałem na ten czas jakieś aktywności, ale wyręczył nas wszystkich menadżer, zapytując część zespołu, która akuratnie w Kaziku nie występuje, czy chcemy wracać do domu, czy może zanocować przed Rzeszowem na Wichrowych. Tu już nie było żadnej różnicy zdań. Wszyscy zgodnie oświadczyli, że wolą ten dzień spędzić na Wichrowych Wzgórzach u kolegi Paczkowskiego.

Wyjechaliśmy do Przybysławic z Katowic, a że nic nas specjalnie nie goniło, Ricardo przedłużył nam, niekazikowemu składowi, dobę do 14. Wymieszkaliśmy więc pokoje ile się dało. Tego dnia głównie leżałem i słuchałem doniesień z zatrzymania Sławomira N. Później znowu leżałem, a na koniec poszedłem na hotelową siłownię, żeby nie było tak, że nigdzie nie byłem. Ruszyliśmy z akademickim kwadransem. Ledwie wystartowaliśmy, jęliśmy rozmyślać, gdzie by się tu zatrzymać, żeby coś zjeść. Pierwszym pomysłem był Ogrodzieniec; bo to tak ładnie, przy zamku z tradycjami, ale gdy zobaczyliśmy autokary przed, to zmieniliśmy w mig zdanie. Następna miejscowość, Pilica, była od nas jakieś 20 minut drogi. Szybko obadałem na ajfonie knajpy w okolicy. Były dwie, ciekawie brzmiące. Pierwsza, hotelowa, mało zaskakująca i druga-obiady domowe „U Pana Rycha”. Od razu wiadomo było, że wybieramy drugą, choć nie bez lekkiego sprzeciwu co po niektórych. Na miejscu zastaliśmy cudowne miejsce, w którym czas się zatrzymał. Boazeria, Pan Rychu za kontuarem, w karcie parę dań, z czego obecnych mniej niż połowa. Wystarczyło. Gdy przyszło do zamawiania, pan Rychu nie podołał i zawołał żonę. Nie mógł się nijak z nami dogadać; bo kto to widział, że ten chce to, ten tamto, a on nie wie, ile ma porcji flaków odgrzać, albo ile kotletów uklepać. Po kwadransie małżonka przejęła stery a Pan Rycho został odesłany na kuchnię, skąd wychodził tylko kasować gości na koniec, bo, jak sam twierdził, nie ma zaufania do kobiet i pieniędzy na raz. Zjadłem na pierwsze flaki, a na drugie przepyszne cepeliny, zwane kartaczami. Morwa, choć zamawiał flaki i schabowego, najpierw dostał danie drugie, bo flaki się jeszcze nie zagrzały. Poprosił na wynos. Otrzymał rzecz w słoiku, elegancko opakowanym w reklamówkę. Spożył je dopiero nazajutrz, podgrzewając sobie kolację w pokoju suszarką do włosów. Znalazło się kilku z nas, którzy wymiękli i z powodu tego, że nie mogli znaleźć nic dla siebie u Rycha, poszli stołować się na rynek, do pizzerii. Przeżyli. My zresztą też. Trwało to biesiadowanie u Rycha, a ze dwie godziny, ale w końcu donikąd się nam nie spieszyło. Dotarliśmy na Wichrowe pod wieczór, parę chwil przed rozpoczęciem koncertu Kazika. Przywitała nas rozliczna, Kult-turystyczna brać, której części mieliśmy okazję przybić piątki jeszcze w Kato. Oprócz nich, dawno niewidziane twarze, bo dworek w Przybysławicach, zwłaszcza w ładne dni, przyciąga rzesze spragnionych i łaknących muzyki i klimatu. Naturalnie, udaliśmy się na koncert, który jako żywo przypominał mi dawne koncerty Buldoga z Kazikiem w składzie, gdyśmy grali jego solowe utwory. Pośpiewałem, potańczyłem, zrzuciłem obuwie, i radośnie, jak karmelita bosy, chadzałem sobie między ludźmi, racząc się winkiem, którego w tych rejonach mają pod dostatkiem. Dosiadałem się do stolików, przepijałem to z tymi, to z innymi, trzy razy zgubiłem buty, które później znalazłem przy łóżku. Przesympatyczny to był czas, jeno uciekła nam równie szybko jak podróż.

Kato

W Katowicach przyszło nam grać dwa anplakty z rzędu. Przerabialiśmy już w tym roku, we Wrocławiu, podobne rozwiązanie, i proszę mi wierzyć, była to podróż za jedne uśmiech i jazda bez trzymanki. Gdybyśmy jeszcze grali połowę repertuaru, to żaden kłopot. Ale dwa pełne sety z godzinną przerwą, to jest jednak wyzwanie kondycyjne. Z racji tego, że pierwszy turnus zaczynał się o 16-tej, ruszyliśmy z Warszawy wcześnie, chwilę po 9. Spóźniłem się ciut na zbiórkę, bo pan kierowca pomylił drogi, a ja przysnąłem w taryfie. Po drodze jednak nie miałem czasu na zbyt długi sen, bo nadrabiałem braki korespondencyjne i teksty do gazety, którą zamykali za 2 godziny, a naczelny ponaglał. Warszawa żegnała nas dżdżysta i chłodna, a Śląsk przywitał pełnym słońcem. W budynku Miasta Ogrodów, w którym gramy w Kato od lat, trwała akuratnie tego dnia giełda płytowa. Zatrzymaliśmy się od wejścia, każdy przy swoim, ja np. przy punku i ska, ale nic pod siebie nie wynalazłem. Weszliśmy szybko we właściwą marszrutę. Próba, po próbie obiad, dalej odliczanie do koncertu i wyczekiwanie ostatniej chwili, żeby przebrać się z cywilnych, krótkich ciuchów w długie, bo publiczność zobowiązuje. A potem koncert. Na którym na początku jakby wszystko się rozłaziło, a potem idealnie weszło na właściwe tory. I tak już pojechało do samego końca. W przerwie, w kilka osób pojechaliśmy poleżeć chwilę do hotelu, choć po prawdzie tego leżenie wyszło nie więcej niż 0,5h, bo korki, bo stacja, bo brak recepcjonisty. Dobra i psu mucha. Zdążyłem zmienić górę na drugi reczital, bo pierwsza nadawała się do wyżęcia. I zagraliśmy tego dnia po raz drugi i ostatni. Bez najmniejszego oglądania się na zmęczenie i szacowania sił; ile fabryka dała. Końcówka była już u mnie okupiona totalnym zmęczeniem, zwłaszcza ust, które powoli odmawiały posłuszeństwa. Pokłoniliśmy się pięknie całym ansamblem, bez Yrego i Zaciera, bo i tu, tak jak przy koncercie rzeszowskim, daty się przesuwały po siedem razy, a robotę etatową ma się jedna. Czasem dwie. A czasem wcale. Więc trzeba ją cenić, za to, że w ogóle jakaś jest, a z urlopami na żądanie uważać i szanować.

Do hotelu wróciliśmy dziarsko. Nastroje dopisywały, do tego stopnia, że zostaliśmy chwilę na zewnętrzu, w towarzystwie hotelowych gości, których część była na naszym koncercie. Szybko się jednak zawinąłem, bo sił brakło mi już na krześle na sali koncertowej. Naturalnie, nie wszyscy byli tacy słabi i chimeryczni jak ja. Powiadają, że gazety lokalne donosiły o niektórych z nas, którzy mogliby się załapać na pierwszy dzienny na szychtę do kopalni, ale kto by tam dziś wierzył prasie. Zwłaszcza drukowanej. Z Orlenu.

c.d.n.

Trasa anplaktowa niedokończona – Bydgoszcz & Poznań

Przed zabraniem się za pisanie tego tekstu, musiałem odpalić stronę zespołu i zerknąć w zakładkę koncerty. Nie chciałem tego robić, ale musiałem, bo nie pamiętałem już dat dziennych, kiedy się to wszystko skończyło. Nie chciałem, tak jak się nie chce zaglądać do starego albumu, żeby nie zobaczyć, jak się kiedyś głupio wyglądała, bo od razu uruchamiają się wspomnienia i nostalgie. Pamiętałem, że w Łodzi, że było tego dnia zimno, ale co to była za data, to już nie. A zwykle pamiętam takie rzeczy. Teraz pewnie to z siebie wyparłem. Tak, jak nie chce się pamiętać o złych chwilach, mimo że akurat tamta była dobra, bo całkiem udany występ się przytrafił, ale na zawsze zapamiętamy ją, jako ostatni koncert w tym półroczu, a kto wie, może nawet i w tym roku.

Czytaj dalej Trasa anplaktowa niedokończona – Bydgoszcz & Poznań

Trasa pomarańczowa 2019 – Wrocław, Kato, Kraków – podsumowanie

Ostatnie triduum koncertowe i tak bardzo rozciągniętej w czasie trasy, zapowiadało się imponująco. Wyprzedana hala Orbita, co nigdy nie miało miejsca, wyprzedana płyta Spodka (tym bardziej) i prawie pełne trybuny, no i od dawna wyprzedany klub Studio w Krakowie. To nie mogło się nie udać. Tzn. mogło, ale się udało.

Czytaj dalej Trasa pomarańczowa 2019 – Wrocław, Kato, Kraków – podsumowanie