Trasa pomarańczowa 2019 – Irlandia x 2 i Rzeszuff

Pewnie i tak nie dacie wiary, ale dopiero teraz na lotnisku, przed wylotem do Londynu, znalazłem chwilę, żeby w spokoju usiąść i zabrać się za teksty do koncertów irlandzkich i koncertu rzeszowskiego. Wcześniej bowiem miałem cały czas coś; przyspieszyłem w tym miesiącu dość znacznie prace nad doktoratem. Jeżdżę po Polsce, z kim mogę-umawiam się na wywiady w Warszawie. A jak starczy czasu, piszę teksty płatne do gazety dla kapitalisty.

Do Irlandii lecieliśmy w sposób kombinowany. Najpierw z Modlina do Stanstead, i dalej, po godzinie oczekiwania – do Dublina. W Dublinie spaliśmy nieopodal lotniska. 5 minut drogi samochodem. Z samego rana mieliśmy jechać autokarem do Cork. Tam zagrać koncert, zanocować i z powrotem-autobusem wrócić na niedzielę do Dublina. Pomieszkać chwilę w hotelu, udać się po południu do klubu, zagrać koncert i szybko czmychnąć spać, bo wylot do Polski zaplanowano na wczesną porę. Też z przesiadką w Londynie. Taki plan musiał mieć swoje słabe strony. No i rzeczywiście miał. Logistyka nas pokonała. Na szczęście nie polegliśmy muzycznie. Więcej napiszę, mam wrażenie, że pod tym względem wypadliśmy niezwykle okazale. W Cork wyprzedaliśmy cały klub a w Dublinie, mimo niedzieli, ludzi przyszło więcej niż w zeszłym roku, co także należy uznać za sukces. No i zagraliśmy dwa bardzo dobre koncerty.

Wyjazd do Irlandii zaczął się dla mnie stratą i stratą się zakończył. Jeszcze w drodze do punktu zbornego, tj. pod dom Pana Janka, zostawiłem w Uberze czapkę z daszkiem. Bardzo ją lubiłem. Parę minut po zarejestrowaniu zguby, zadzwoniłem do kierowcy. Był już poza rewirem. Umówiliśmy się, że skontaktuję się z nim po powrocie, ale ku mojemu zdziwieniu okazało się, że system przechowuje bezpośredni kontakt do kierowcy tylko przez dzień, dwa. Później trzeba kontaktować się zeń za pośrednictwem platformy obsługującej natrętnych pasażerów, a to trwa. W moim przypadku trwało prawie miesiąc. Dopiero wczoraj pan kierowca odwiózł mi zgubę. Wręczyłem mu bombonierkę za podwodę pod dom, choć czas oczekiwania był znaczny i nie wiem czy zasłużył. Drugą stratę, czysto finansową, po irlandzkim wyjeździe, zanotowałem już w kraju. W drodze do Londynu zapłaciłem 50 euro za ponadwymiarowy futerał do puzonu, bo podróżowaliśmy z instrumentami na pokładzie. Organizator koncertu zwrócił mi kwotę w banknocie, który schowałem do kieszeni i chwilę później zgubiłem. Wiedziałem od zawsze, że pieniądz się mnie nie ima, ale żeby aż tak? Na lotnisku w Modlinie okazało się, że część futerałów nie ma opłaconych dodatkowych miejsc, a to, czy polecą za pieniądze czy za darmo, zależy tylko od fanaberii obsługi linii lotniczej. Polacy byli w tym względzie mało wyrafinowani. Kazali płacić za każdy centymetr. Anglicy w Londynie przymykali oko, a Irlandczycy w Dublinie, a przed Londynem, byli tak samo nieugięci jak nasi. To dzięki nim jestem 50 ojro w plecy.

Podróż do Dublina wymęczyła nas niemożebnie. Już sam przejazd z Warszawy do Modlina, ryśkowym busem, w piątek, w godzinach szczytu, był ponad godzinną męczarnią. Dalej, kolejna przesiadka, kolejna bramka, kolejne zdejmowanie butów, paska i zegarka, następna kolejka, a w finale-opóźniony lot. Mordęga. Ostatecznie dotarliśmy do Dublina po północy. Było diabelsko zimno ale za to wiało i padało. Na dodatek w hotelu bar był zamknięty na głucho. On spał w pokoju od dobrych dwóch godzin, gdyż przyleciał bezpośrednio do Dublina z Poznania, razem z Tomaszem Goehsem jeszcze za dnia. Zdążył już podejść i popić na mieście i robić za komitet powitalny, ale sen sprawiedliwego Go zmógł. Nawet szklanki rudej wódki nie było na chacie, gdym wchodził przemoczony i zziębnięty do środka. Takie powitanie.

Nazajutrz, po pożywnym i dyskusyjnie smacznym irlandzkim śniadaniu, które niczym się nie różni i nic nie ujmuje śniadaniu brytyjskiemu, pojechaliśmy znowu na lotnisko, skąd odchodziły rejsowe autobusy do Cork. Podróżowaliśmy pekaesem z lokalsami. Autobus miał wifi, ustęp i klimę. Zatrzymywał się tylko raz, w centrum Dublina, żeby dobrać ludzi. Nawet zdążyłem na czas usadowić się na fotelu przy środkowym wejściu, żeby mieć więcej miejsca na nogi. Wystarczyło. Spałem całą drogę jak dziecko.

Po trzech godzinach jazdy zameldowaliśmy się w Cork. Z przystanku do hotelu wiózł nas ten sam kolega, co 9 lat temu, kiedy graliśmy tam po raz pierwszy. Część chłopaków z kapeli i techniki nie pamiętała, że kiedykolwiek tam graliśmy. Nie dziwię się. Pamiętam akurat bardzo dobrze ten koncert, jako jedne z bardziej alkoholowych. Pamiętam też doskonale, że dzień przed nim złaziłem to miasto z buta wszerz i wzdłuż.

Miło było nam usłyszeć jeszcze tego samego dnia, że występ nasz został całkowicie wyprzedany. Klub którego nie znaliśmy, zrobił też bardzo dobre wrażenie. Nie za duży, nie za mały, ze spora garderobą. Oprócz miejscowej Polonii, na koncercie w Cork stawiła się również dwuosobowa reprezentacja Kult-Turystyczna oraz nasz krakowski przyjaciel rodziny-Tomasz Gomułka wraz z synem. Następnego dnia wybierali się, ojciec i syn, na mecz do Liecester, dokąd z wypożyczenia powrócił Bartosz Kapustka, prywatnie, znajomy Gumiego. Przygarnęliśmy ich nawet, syna i ojca, pod dach, do pokoju, gdyż lot do Anglii mieli dopiero nad ranem. Wyszli cichutko jak myszki, nie budząc nas ze snu.

Tego dnia, przed koncertem, nie zdążyłem już nigdzie pójść ani niczego zobaczyć. Zresztą, po naszym przyjeździe zaciągnęło się deszczem i padało nieprzerwanie do rana. Przed koncertem zjedliśmy obiad na górze klubu. Pojawił się nawet tort z okazji rocznicy ślubu pana Organizatora. Dostaliśmy też od Kult-Turystów pamiątkowe koszulki z Poland Rocka, ale był kłopot z rozmiarówką i nie ubraliśmy się weń na reczital, jak drzewiej, w Londynie.

Koncert corkowski wypadł świetnie. Miejsca na scenie było niewiele, ale liczyliśmy się z tym. Poza tym, przychodziło grać nam i na mniejszej przestrzeni. Nie wiem czym to tłumaczyć, może ciągiem na bramkę, a może po prostu formą i energią, że z numeru na numer koncert rósł i tężał, aż w końcu się…skończył. Jakby od niechcenia, niespodziewanie. Choć zagraliśmy pełen, 30-kawałkowy set plus bisy z naddatkiem. Nie powiem, spociłem się, wymęczyłem, ale sprzężenie zwrotne tego dnia było na takim poziomie, że i nam się grało jakby lżej i z powietrzem. To tak jak z jazdą autem, z bakiem zatankowaną wcześniej, tańszą benzyną. Człowiek ma poczucie, że jakoś lepiej i szybciej mu się jedzie.

Skończyliśmy występ i w zasadzie z marszu, po złapaniu krótkiego oddechu, ruszyliśmy na pokoje. Wciąż lało jak z cebra. W recepcji hotelowej można było nabyć jedynie wino-białe i czerwone, albo piwo. Kupiłem małą buteleczkę białego wina. Wykąpałem się. Przebrałem w czyste ciuchy i zszedłem na dół, z nadzieją, że spotkam kogoś przed hotelem. Nie myliłem się. Z powodu deszczu całe nasze towarzystwo, plus kilku zaznajomionych Polaków i Irlandczyków okupowało daszek przed wejściem. Postaliśmy, ja i On, pogwarzyliśmy, napiliśmy się na lepszy sen i ruszyliśmy do pokoju, w którym urządzali już sobie życie panowie Gomułkowie. Młodszy spał, a starszy kończył akuratnie ablucje, gdyśmy się zjawili. Pogadaliśmy jeszcze dobre pół godziny i odpadliśmy-jeden po drugim.

Nazajutrz wstaliśmy niespiesznie, ok.9. Zjedliśmy tym razem typowo amerykańskie śniadanie, bo hotel nie prowadził swojej restauracji, tylko sąsiadował z knajpą urządzoną na styl Ameryki lat 60. Obite supremą, czerwone sofy, keczup i musztarda na stołach bez limitu. Jajka, bekon, frytura, czyli to wszystko, co człowiek uwielbia, a po co w domu boi się sięgnąć w obawie przed miażdżycą. Gdy wychodziliśmy przed hotel, akuratnie przestawało padać. Słońce wyszło nad Cork, kiedy właśnie z niego wyjeżdżaliśmy. Tym samym, rejsowym pekaesem, z powrotem, do Dublina. Usadowiłem się na samym tyle pojazdu. Wyciągnąłem komputer. Napisałem tekst dla kapitalisty i wysłałem za pomocą autobusowej sieci. Dalszą drogę przedrzemałem.

Po wysiadce nastąpiło akomodacyjne, lustrzane odbicie. Z powrotem do tego samego hotelu. Na 1,5 godziny, które starałem się wykorzystać na coś pożytecznego, ale ostatecznie nie zrobiłem chyba nic. Dalej, pół godziny do klubu, do centrum. Tam próba, po próbie popas, a po niej koncert. Muzycznie, równie dobry, co poprzedni. Wcześniej, między próbą a koncertem, zdążyłem przejść się na pół godziny do dużego sklepu z konfekcją, po prezenty. Jak co roku.

Wróciliśmy do hotelu ekspresowo. Na dole, na tyłach klubu, zdążyłem jedynie wymienić się uściskiem dłoni z Petkiem, który, jak Irlandia zielona i mokra, przyszedł i tego dnia. Parę zdań zamieniłem z redaktorem z miejscowego, polonuskiego radia, który zainteresowany był grupą Darmozjady. Do dziś się nie odezwał.

W hotelu zabawiliśmy chwilę z miejscowymi, na dole, na patio. Pijaństwa nie było, bo i bar zwinął się przed nami. Starczyło jednak czasu, żeby sprawdzić swoją tężyznę fizyczną. Kolega, który przywiózł z Cork naszą technikę i instrumenty swoim, irlandzkim busem poprosił nas, żebyśmy zepchnęli go z pobocza na parking. Auto, nie wiedzieć czemu, przestało współpracować. Uczyniliśmy to z ochotą. Podobnie jak i z autem, tym razem osobowym, innego z kolegów, który nieopacznie zostawił je na światłach, 15 metrów dalej. Te dwa znaki mogły dać już nam do myślenia, że powrót może nie należeć do najłatwiejszych.

Pobudkę zarządzono na wczesny poranek, piątą albo szóstą. Za oknem było jeszcze ciemno. Pojechaliśmy na lotnisko. Nadaliśmy bagaże. Dalej, drogi każdego z kolegów zwykle się rozchodzą. Na szczęście nie na długo i nie wszystkich. Ja, na ten przykład, układałem sobie czas samotnie, gdyż On znowu podróżował do Poznania, późniejszym lotem. Pozytywnie przeszedłem bramki i testy na obecność. Posnułem się po wolnocłowym ołpenspejsie. Poszukałem czegoś do zjedzenia i picia. Spożyłem. Następnie udałem się pod właściwy gejt. Dopiero tam dowiedziałem się, że Morwa gorzej się poczuł tuż przed bramkami. Na tyle źle, że został w Irlandii, a wraz z nim Wojtek. Jak w bajce o bałwankach. Że 9 bałwanków stało w jednym rzędzie itd. ale nie było nam wtedy do śmiechu. Dolecieliśmy do Stanstead bez dwóch. Trzeba zaznaczyć, że lot już wtedy miał godzinne opóźnienie. Mgła zaległa nad miastem, gęsta, jak śmietana.

Lotnisko London-Stanstead, obok Luton i Gatwick, jest największym spośród trzech podlondyńskich lotnisk. Dość powiedzieć, że do gejtów dowozi tam ludzi kolejka i momentami trzeba spacerować kwadrans albo i lepiej i to niezłym tempem, żeby dotrzeć na czas na odprawę. Dołóż do tego kolejki przed bramkami, szczegółowe iskanie bagażu, a w końcówce równania pojawią się kłopoty i niedoczas. Koledzy z techniki-Roman i Krzysiu oprócz bagaży osobistych, taszczyli ze sobą skrzynię ze sprzętem-kablami, footswitchami, bateriami etc. Wzbudziło to wzmożone zainteresowanie służb, które długo nie mogły dojść, do czego służy każdy pojedynczy kabelek. Ja tymczasem sznurowałem buty i zapinałem pasek w spodniach, po kontroli. Następnie odnalazłem kierunek marszu ku swojej bramce. Okazało się, że położona jest ona w przeciwległym końcu lotniska, do którego dowozi pasażerów wagonik. Niestety, akurat w tej godzinie, kolejka się popsuła, o czym informował stosowny napis oraz strzałki wiodące prawdziwymi kazamatami pod właściwy gejt. Być może zbyt agresywnie wystartowałem, ale według rozpiski na bilecie nie zostało dużo czasu do zamknięcia boardingu. Przybyłem na miejsce, kiedy przed wejściem do luku uformowała się kolejka. Za mną przybył Dżolo, kolega od świateł oraz, chwilę później. Jan Zdun, Gruda i Kajetan. Po paru minutach rozwarły się wrota i zaproszono nas na pokład samolotu do Modlina. Kiedy już siedziałem na swoim miejscu i jeszcze nie przestawiłem telefonu na tryb samolotowy, zadzwonił kierownik wycieczki Wieteska Piotr z informacją, że koledzy z techniki oraz on sam nie zdążyli na czas odprawić się ze sprzętem i w związku z tym zostają w Londynie, kombinując miejsca na najbliższe, możliwe połączenie. Tym sposobem dotarło nas do Warszawy pięciu. Szczęśliwie, trójka z Londynu powróciła do Polski jeszcze tego samego dnia. Wojtek wrócił z Irlandii na drugi dzień, a Piotrek, na trzeci. Z dwóch dni prób, które planowaliśmy przed koncertem w Rzeszowie, ostał się jeden, ale to w zupełności wystarczyło. Zagraliśmy głównie dawno niewykonywane numery oraz dołożyliśmy dęciaki do kawałków, w których nigdy nie grały. Mam wrażenie, że z korzyścią dla każdej z piosenek.

Do Rzeszowa ruszyliśmy w sobotę, ok.11. Droga poszła gładko. Podobnie jak próba. A sam występ? Od dawna nie pamiętam tak dobrego, jak tegoroczny, rzeszowski, koncertu. Nowe numery, stare numery, wszystko się na nim zgadzało. Publiczność, mam wrażenie, też to doceniła. Zaczęliśmy późno, ok. 21. Kiedy kończyliśmy, życie wokół klubu zamierało, a nie miałem siły telepać się na miasto, mimo że Kult-Turyści nie dawali za wygraną. Następnego dnia jechałem do Tomaszowa, odwiedzić rodziców. 

W niedzielny poranek ruszyłem pociągiem do Jarosławia. Z Jarosławia busem, do Narola, a stamtąd to już blisko. Po obiedzie wyszedłem z psami do lasu. Wróciłem po 17. Wieczorem zajrzałem jeszcze na cmentarz. Bardzo lubię cmentarze, zwłaszcza wieczorami. Tak już mam.

Następnego dnia, z samego rana, pojechałem do Zamościa, gdzie w ramach zbierania materiałów do rozprawy, przeprowadziłem kilka niezwykle owocnych rozmów, skutkujących jeszcze ciekawszymi informacjami, niezbędnymi do skomponowania pracy. Z Zamościa wróciłem pekaesem do Warszawy. W domu zameldowałem się pod wieczór.

Przed koncertem londyńskim ostał się nam tydzień wolnizny. Postanowiłem to wykorzystać i na ostatnie podrygi ciepłej i złotej jesieni, uciec na przedłużony weekend w góry. Kto w nich bywał jesienią, ten wie, co mam na myśli. Pojechaliśmy z rodziną i znajomymi do Szklarskiej Poręby. Wyruszyliśmy w czwartek z rana. Szklarską lubię bardzo i bardzo dobrze znam. Bywałem w niej już wiele razy. Pokazałem towarzystwu moje ulubione miejsca. W dwa dni, z dziećmi, nie zwojowaliśmy wiele. Plan minimum został jednak wykonany. Zdobyliśmy Szrenicę (bez dzieciaków) i Wysoki Kamień (już z dziećmi). Jedno i drugie szło dzielnie i nawet na sekundę nikt nie brał ich na ręce. Po drodze przekupywaliśmy je jedynie żelkami, ale to chyba i tak niewielki wymiar kary za taki sukces. Wróciliśmy do Warszawy w niedzielę, przed 17. Zdążyłem zagłosować. Kandydat do Sejmu na którego oddałem głos wszedł, a do Senatu nie, czego niechybnie się spodziewałem. Kiedy zaczynałem ten tekst, siedziałem na Okęciu w hali odlotów i czekałem na last call. Teraz, kiedy tekst ów kończę, zbliżamy się powolutku do lądowania w Luton, skąd zabierze nas do znanego i lubianego hotelu na Kensington Gardens kolega Likus. W królewskich ogrodach Kensingtona zamierzam jutro z rana pobiegać. Zamierzamy też wyjść dziś wieczorem, ja I On, na kolację, na miasto, no i, ma się rozumieć, na pokolacyjny deser, co z kolei może moje plany biegowe nieco zmodyfikować, ale o tym w swoim

Końcówka serii 2019: Ełk i Grodzisk Maz.

W zeszły czwartek przyjechał do mnie w odwiedziny mój brat. Byliśmy tu i tam, ale na szczęście nie za długo. Z rana, po śniadaniu, poszliśmy poćwiczyć. Przy okazji obejrzeliśmy, jak nasi spuszczają łomot Ruskim w kosza. Jak się miało okazać, było to ich ostatnie zwycięstwo na chińskich mistrzostwach, a szkoda, bo momentami było szansownie.

O 13 z hakiem koledzy podjechali busem pod blok. Jechaliśmy na północ, do Ełku, więc wsiadałem ostatni, a wysiadać miałem pierwszy. Na szczęście obyło się bez porannej próby, gdyż tego dnia zagrać mieliśmy pierwszy w jesiennym sezonie, koncert pod dachem, konkretnie, w miejscowym Domu Kultury. Graliśmy tam już kiedyś. Pamiętam, że nocowaliśmy nad samym jeziorem. Tym razem dostaliśmy nocleg w innym ośrodku.

Pogoda wymarzona. Słońce i przyjemny zefirek. Zajechaliśmy do Ełku za dnia. Nie pamiętałem, że to aż tak ładne miasto. Daję słowo, dawno już nie widziałem tak fajnie rozplanowanej i zadbanej powiatowej miejscowości. Nowocześnie, czysto, z pomysłem. Żałowałem, że nie było czasu, żeby zwiedzić cały gród, bo gdy dotarliśmy na miejsce, została nam raptem godzina-półtorej do występu. Ten zaplanowany był na 19.

Zjedliśmy przydziałowy obiad. W międzyczasie przyszedł do naszej garderoby człowiek, który 30 lat temu, w tym samym miejscu, nagrał z konsolety koncert grupy Kult na taśmę. Skopiował to później na kasety magnetofonowe i rozdystrybuował wśród najbliższych znajomych. Jedną z takich taśm-matek przyniósł i dla Kazika. Na kasecie sprzed 30 lat było 16 numerów. Tego wieczora, w Ełku, zagraliśmy coś pond 30 kawałków. O dziwo, kilka z nich (m.in. Axe) się powtórzyło.

Odwykliśmy wszyscy od grania pod dachem. Dobrze, że zachowałem na sobie letni outfit, bo gdy schodziłem ze sceny, koszulkę i krótkie spodnie miałem do wyżęcia. Inni koledzy podobnie. Narzuciłem na siebie suchą koszulkę jeszcze w garderobie. Jak to zwykle bywa w takich chwilach, dopadł mnie też ogromny głód. Dojadłem na zimno nietkniętą porcję obiadową. Popiłem jeszcze zimniejszą kolą. Na stacji dokupiliśmy co nie bądź do koli, i razem z Morwą i Glazem, dokończyliśmy zawartość przy końcówce meczu naszych chłopaków, którzy obskakiwali w nogę sromotny wpierdol od Słoweńców.

Następnego dnia koncertowaliśmy w Grodzisku Mazowieckiem. Mieście, w którym kilka lat temu osiadł na stałe kolega Zdunek. Wyjechaliśmy o 8.30, żeby zdążyć na próbę, na 12 w południe. Pojechaliśmy dokładnie w tę samą stronę, skąd 24 godziny wcześniej ruszyliśmy, plus dołożyliśmy jakieś 30 kilometrów autostradą na Poznań. Koncert odbywał się w parku miejskim, niedaleko dworca kolejowego. Próbę zagraliśmy ekspresową. Nie było sensu czekać na zamówiony posiłek.  Wsiedliśmy szybko do busa, i z powrotem ku domostwom, ruszyliśmy posiedzieć na swoim przez trzy godziny.

W domu byłem przed 14. Zrobiłem sobie obiad. Zabrałem się za wakujący felieton do „Trybuny”. Pisałem spokojnie, bez presji czasu. Dziewczyny pojechały ze znajomymi na wycieczkę za miasto, także miałem pełen komfort pracy. Dokładnie tak jak teraz. Alę już uśpiłem. Joanna na konferencjach naukowych, a ja siedzę i piszę i nic ani nikt nie woła.

Nim skończyłem tekst a po nim ablucje, trzeba było ruszać na zbiórkę, do Grudy. Wsiadłem na miejski rower. Wyjechałem po 17. Ok. 17.30 zostawiłem bicykl na placu Narutowicza, a dalszą drogę pokonałem per pedes. O 17.45 ruszyliśmy do Grodziska. Przyjechaliśmy oczywiście sporo przed czasem. Dzięki temu nadarzyła się okazja, żeby posłuchać Pierogów, czyli formacji The Dumplings, z którą, co prawda, wcześniej dzieliliśmy scenę, ale której nie miałem kiedy bliżej się przyjrzeć. Muszę przyznać, że Pani Pierogowa ma naprawdę zjawiskowy głos. Na garach grał z nimi mój dobry kolega, Olek Orłowski, któremu wróżyłem wielką karierę już dekadę temu, kiedy miał chyba…14 lat.

Zaczęliśmy punktualnie. 28 numerów plus bisy. Koncert bardzo udany. Temperatura idealna wręcz do napowietrznego grania. Nie za gorąco, przyjemnie chłodno. Tak jak i w Ełku, gdzie Kult grał 30 lat wcześniej, tak i w Grodzisku, nie obyło się bez akcentu martyrologicznego; 40 lat nazat, to właśnie w tym mieście Kazik, jeszcze z Polandem, zagrał swój pierwszy koncert, o czym poinformował nas i publiczność ze sceny. A było kogo informować-zjechało się i zeszło bardzo dużo ludzi.

W związku z tym, że zaczęliśmy o 19 i że do domu miałem blisko, zameldowałem się w nim przed 23. Chyba nigdy, jak dotąd, nie udało mi się wrócić z koncertu do domu tak wcześnie. Nie bardzo w związku z tym wiedziałem, co ze sobą począć. Wybrałem lekturę i ucieczkę w sen.

W niedzielę, dla odmiany, lało od rana. Miałem plan pojechać z rodziną na basen, bo nic lepszego nie przychodziło mi w deszcz do głowy. Pojechałem. Na pierwszym basenie, tym samym, na który uczęszczam regularnie, pocałowałem klamkę. Remont trwał do 9 września, o czym dowiedziałem się z wywieszki na drzwiach wejściowych. Na drugi basen, w sąsiedniej dzielnicy, wszedłem. Ja i cała moja dwuosobowa familia. Mało brakowało, a długo bym na nim nie zabawił, bo ratownik zażądał ode mnie czepka, ale w porę zrozumiał bezsens swojej prośby i stwierdził, że skoro jestem tu pierwszy raz, to „w drodze wyjątku mi daruje”.

Polandrock, Cieszanuff i Płock

Odkładałem jak długo mogłem woodstockową relację, bo chwilę po koncercie narosło wokół niej tyle niepotrzebnego bajkopisarstwa i zaczęto snuć spiskowe teorie, że wolałem nie rozpalać niepotrzebnie na nowo i tak rozgrzanych głów. Emocji bowiem, i to tych czysto artystycznych, było przez te parę dni co niemiara. A dla mnie w dwójnasób, bo występowałem na tegorocznym festiwalu z dwoma kapelami. Później był jeszcze festiwal w Cieszanowie, gdzie zagraliśmy z El Doopą Unkaziked, co również przeszło poniekąd do historii. Ale po kolei.

Po ostatnich lipcowych wywczasach w górach, nadchodził dla nas czas ciężkiej próby. A w zasadzie prób. Dzień po powrocie zagrałem próbę darmozjadową, żeby nazajutrz zagrać zeń bardzo udany koncert w warszawskiej „Piwnej Przystani”. Długo po koncercie nie zabawiłem, bo trzeba było spadać do Działoszyna. Stamtąd powrót na noc. Dzień przerwy. Kolejna próba z Darmo, tym razem generalna, przedfestiwalowa. Następnego dnia, tj. 01.08, grałem dla odmiany próbę z Kultem. Tuż przed godziną „W” dotarłem do domu. Wyczyściłem instrument dęty. Pobrałem z szafy torbę podróżną. Tym razem nie walizkę, bo darmozjadowy bus był nieco mniejszy niż kultowy, i trzeba było oszczędzać miejsce. Spakowałem się najbardziej kompaktowo, jak tylko potrafiłem.

Wyjazd z Darmo zarządziliśmy na 1 w nocy. Próbę mieliśmy wyznaczoną na 9 rano. Graliśmy na scenie Viva Kultura, czyli na dawnej scenie Pokojowej Wioski Kryszny, która w tym roku wyszła spod dachu ku niebiosom. Koncert prowadził, jak zawsze w tym miejscu, niezawodny Smalec, lider grupy Ga-Ga Zielone Żabki.

Umówiliśmy się pod klubem „Proxima”. Wszystkim darmozjadom było mniej więcej po drodze, czyli po środku. Mieliśmy jechać wynajętym na tę okoliczność autem. Powodzić miał Kapuczino, menażer, ale że droga długa, zaoferowałem się, że mogę przejąć lejce jak opadnie z sił, bo jeździłem już kiedyś busem na dłuższe dystanse. Poza tym to dodatkowy skils w życiowym dorobku, a coś trzeba przecież robić na starość, jak artretyzm powykręca palce. A tak zupełnie serio, to było tak, że dostaliśmy od organizatorów kasę na drogę, ale warunki rynkowe nie pozwoliły za tą sumę opłacić kierowcy, także w zasadzie nie mieliśmy wyjścia.

Grupa stawiła się punktualnie. Przyjechał też Kapuczino pożyczoną furą. Zaczęliśmy ładować klamoty i odpowiednio zagospodarowywać miejsce na „minipace”, co nie należało wcale do najłatwiejszych czynności tego dnia. Podobnie jak busa tegoż prowadzenie. Kapuczino zapytał mnie w pewnym momencie, czy znam się na samochodach? Czy ja się znam? – Ja, to proszę pana, rzekłem, znam niewiele osób na świecie, które znają się gorzej ode mnie. Prowadzić umiem, owszem, choć nie lubię. Ale interesować się tym, dlaczego auto jedzie i co ma pod maską. Nie no, od tego są mechanicy. Ja prowadzę, dopóki auto współpracuje. Jak przestaje-nie tykam się i nawet nie udaję, że się znam. – Bo coś ta kierownica tu ciężko chodzi, jakby wspomagania nie było, odparł Kapuczino. Skoro mam prowadzić ten wóz, sprawdzę sam. Usiadłem za kółkiem. W istocie-ruszenie fajery w lewo czy w prawo, to również był nie lada wyczyn. Jak u mojego dziadka w „Ursusie” sześćdziesiątce-szło cokolwiek opornie. Do Grójca, po prostym, może bym i dał radę tym dojechać, ale z kompletem pasażerów, przeszło 500 kilometrów w Polskę, co to, to już nie. Do spółki z Pietrasem i Kapucziono rozwarliśmy maskę. Szukaliśmy płynu do wspomagania kierownicy, ale nie znaleźliśmy, bo i znaleźć nie mogliśmy, gdyż ostatnie jego krople wsiąknęły właśnie w asfalt pod Proximą, tworząc pod autem niewielką kałużę. Nie było rady. Albo wymieniamy bus na sprawny, albo odwołujemy wyjazd, a przynajmniej wyjazd na próbę, bo czymś takim strach gdziekolwiek się ruszyć. Była godzina 1.30 w nocy, kiedy Kapuczino wykręcił numer do wypożyczalnie. A tam-szczyt sezonu. Jeden bus wyjeżdża na wakacje, drugi wraca. O dziwo, człowiek od najmu był ciągle na zakładzie. Zaprosił nas do siebie, o ile da się dojechać. Dojechaliśmy. Na Grochów, za Plac Szembeka, kompletnie w przeciwną stronę, niż Kostrzyn, ale dojechaliśmy. Na miejscu pan busiarz poświecił latarką pod maskę. Rzeczywiście, ani śladu płynu do wspomagania. Macie jednak chłopaki szczęście, bo właśnie wrócił z Bułgarii ten oto piękny, 9-osobowy Fiat. Tyle samo miejsc, na oko ciut lepsze wyposażenie, siedzenia w skórze, ale na desce rozdzielczej dalej świeci się jakaś lampka. Proszę się tym nie przejmować i to zignorować, powiedział busiarz. To czujnik od zawieszenia, i tak nigdy nie działał. Więc dawajta chłopy, bo dubla nie będzie, abarot, przepakowywanie gratów z busa do busa, zajmowanie miejsc i w drogę. Wyjechaliśmy ostatecznie około drugiej na trasę poznańską. Siedziałem z przodu. Kapuczino powoził. Podsypiałem, pochrapywałem. Na wysokości Poznania kolega poprosił o zmianę. Dobrą zmianę ma się rozumieć, bo nie oddałem lejców, aż pod samą scenę. Przejechałem przez tłum festiwalowiczów, nawracałem na festiwalowej promenadzie na trzy i to bez strat w ludziach. Ricardo by się nie powstydził.

Dojechaliśmy na miejsce po 8. Trochę nam zajęło, żeby namierzyć organizatora i pobrać opaski i przepustki. Pod sceną byliśmy jedną z pierwszych ekip. Życie festiwalowe dopiero zaczynało się rozkręcać. Mimo wczesnej pory, było już bardzo gorąco, więc bałem się, co się z nami stanie, jak zacznie grzać naprawdę. Plan dnia, przynajmniej dla mnie, wyglądał następująco. Ok. 9.30 gram próbę dźwięku. Na 11 umówiony jest po mnie z WOŚP-u pan kierowca, który zawozi mnie do Gorzowa. Tam bowiem stacjonuje Kult, który wyjeżdża z Warszawy około południa. Ja jadę tymczasem do gorzowskiego Archiwum Państwowego, żeby wygrzebać zeń do pracy naukowej ile się da. Po zamknięciu urzędu idę na chwilę do hotelowego pokoju, a ok.18 wyjeżdżam na koncert, żeby być spokojnie na 19 na miejscu, rozgrzać się i o 20.30 wejść z kolegami na scenę. Poza małymi wyjątkami, wypełniłem ów plan w stu procentach. Do 18.00 wszystko się zgadzało. Byłem w urzędach, na pokojach, nawet zdążyłem coś przejeść. Punkt szósta ruszyliśmy z panem Markiem, bo przez drogę z Kostrzyna do Gorzowa zdążyliśmy się już odrobinę zaprzyjaźnić, z powrotem na pole festiwalowe. Pan Marek ostrzegał, że mogą być korki. No i były. O 19.00, godzinie mojego planowanego dojazdu, staliśmy kilka kilometrów od celu. W takich chwilach, kiedy sytuacja robi się niebezpieczna, z pomocą przychodzi patrol ekspedycyjny Przystanku, który udrożnia drogę i przepuszcza samochód z osobą w środku. Trochę mi było głupio, kiedy mnie wieźli jak lorda, a naród czekał w korku, żeby móc się dostać na koncerty, ale innej opcji nie było. Zamiast o 19, dotarłem pod scenę o 20. Koledzy zdążyli się już mocno zaniepokoić. Zostało mi 30 min. Wykorzystałem je najlepiej jak umiałem. Zagraliśmy z Darmo jeden z energiczniejszych koncertów tego dnia. Jeśli wierzyć doniesieniom internautów i prasy. Będzie z niego obrazek, bo całość występu sfilmowaliśmy i stanowić ona będzie tło do jednego z klipów. Po koncercie rozdzwoniły mi się telefony. Przed zresztą też. Czas jednak nie zwalniał, a wraz z nim tachograf pana Marka. Pogwarzyłem chwilę z kolegami przy busie. Wypiliśmy po drinku czy dwa, i nim się nie spojrzałem, było już około północy. Pan Marek czekał z włączanym silnikiem. Zwinąłem mandżół, pożegnałem uściskiem towarzyszy niedoli, i umknąłem z powrotem, drugi już raz tego dnia, do Gorzowa, tym razem już tylko spać. Nazajutrz, o 7.30 wyjeżdżać mieliśmy na próbę z The Kult.

Kiedy dotarliśmy z panem Markiem na miejsce, około pierwszej, albo wpół do drugiej, zaczął lać deszcz. I to taki po konkrecie. Wszedłem do hotelu, zacząłem szukać mętnym już wzrokiem znajomych gęb. Cisza. Spokój. Nikt nie woła. Udałem się na spoczynek. W swojej jednoosobowej, samotnej celi. Za długo nie pospałem. Po prawdzie ledwie zdążyłem na zbiórkę. Zapomniałem nawet o śniadaniu. Po godzinie znowu stanąłem na scenie, dokładnie tak samo, jak 24 h wcześniej. Tym razem jednak na ciut większej. Na czas naszego próbowania się odgrodzono „golden circle” taśmą i kordonem Pokojowego Patrolu, ale i tak spory tłumek festiwalowiczów zebrał się tuż za, w tym, oczywiście pokaźna rzesza Kult-Turystów, która specjalnie na tę okoliczność przygotowała okolicznościowe koszulki oraz cały zestaw flag na długich masztach, zaprezentowanych dzień wcześniej, na występie Darmozjadów.

Po próbie, poszliśmy we trzech, Kazik, Morwa i ja, na wywiad do lokalnego radiowęzła, który to za pomocą światłowodu rozprowadzał sygnał po sieci. Zdążyliśmy też z Morwą zjeść zaległe, późne śniadanie, w czasie gdy Kazik produkował się przed kamerami dla jednej czy drugiej stacji. A może tylko dla jednej, nie pamiętam. Wróciliśmy autem kierownictwa do hotelu. Pół drogi powrotnej Kazik opowiadał o Wojciechu Albińskim i jego książkach-opowieściach o życiu w RPA i Botswanie. W czasie urlopu sięgnąłem po jedną z nich i po opowiadanie o samym autorze. Rzeczywiście, kawał dobrej literatury. Z hotelu zadzwoniłem do Joanny, która bawiła akurat ze znajomymi w Wiśle, na weselu naszego kolegi. Zadzwoniłem do domu, do Ali, która została sama, pod opieką babci Tereski. A później poszedłem spać, bo nic lepszego nie przychodziło mi do głowy.

Przespałem tak ze dwie godziny. Nazbierało się zaległości z wczoraj, a może bardziej z trasy darmozjadowej, której też nie miałem kiedy odespać. Zszedłem na dół, najpierw do siłowni, a potem do knajpy. Zjadłem ze smakiem. Potem poszedłem do centrum handlowego, naprzeciwko, kupić coś na wieczór. Przy okazji zaszedłem do sklepu z zabawkami, żeby przywieźć Ali coś z podróży, bo w końcu obiecałem. Gdy wróciłem, do wyjazdu na swój reczital szykowała się grupa Skunk Anansie. Dopadłem biedną łysą śpiewaczkę jak wychodziła z hotelu i poprosiłem o zdjęcie. Miałem chęć zapytać o coś więcej niż wspólne selfie, ale towarzystwo wyraźnie się spieszyło, a dobrze wiem jak to jest, przed samym występem. W pokoju hotelowym zdążyłem jeszcze na szybko napisać felieton do „Trybuny” i zjechał windą na dół, do hallu. Na dworze tymczasem zrobiło się nieprzyjemnie. Temperatura wyraźnie spadła. Zaczął siąpić deszcz

Dotarliśmy za scenę już bez eskorty. Na czas. Kto miał dojechać na Kult, ten już dawno tam był, choć skłamałbym, gdybym napisał, że na wjeździe do miasta nie było korków. Były, ale zdecydowanie mniejsze niż dzień wcześniej. Kiedy przyjechaliśmy, swój występ rozpoczynała właśnie Skin i SA. Do naszego koncertu została nieco ponad godzina. Spotkałem się na szybko z kilkoma znajomymi. Zjadłem lekki posiłek w kantynie. I nim się obejrzałem, trzeba było wychodzić. Stojąc już na deskach omiotłem wzrokiem festiwalowe pole. Tłum zdawał się nie mieć końca. Kiedy reflektory oświetlały publiczność, horyzont był niewidoczny. Cały czas morze głów. Głowa przy głowie, poutykane, jak ziarenka w słoneczniku.

Zaczynać mieliśmy od „Wspaniałej Nowiny”, ale Kazik stwierdził, że taki czas zdarza się rzeczywiście raz na sto lat, i może dobrze by tym motywem otworzyć koncert, co też uczyniliśmy. Co się wokół dzieje i gdzie nam przyszło grać, skonstatowałem gdzieś tak przy trzecim, czwartym kawałku. Wcześniej, mam wrażenie, wszyscy byliśmy trochę w mydlanej bańce, która pękła nie wiedzieć kiedy. Z całego koncertu pozostało mi wspomnienie jakiejś wielkiej, potężnej siły, która i nas i publiczność trzymała w szachu. Pamiętam niesamowite momenty, kiedy nieprzebrany tłum, a capella, śpiewa fragment „Baranka”. Spojrzeliśmy wtedy z Glazem na siebie, wyciągnęliśmy słuchawki z uszu, żeby poczuć to na własnej skórze. Nigdy wcześniej, ani prawdopodobnie nigdy później, czegoś podobnego już nie przeżyję. Chociaż, kto go tam wie.

Zakończyliśmy występ planowo. Nie było miejsca a ponadprogramowe bisy. Planowo też, zaraz po, zwinęliśmy się do busa, żeby nie ugrzęznąć w korkach przy wyjeździe. Dotarliśmy do hotelu późną nocą. Dokładnie w godzinie rozpoczęcia transmisji walki Adama Kownackiego, którą obejrzałem w całości, choć nie wierzyłem, że uda mi się ją dokończyć, bo sam już byłem skonany, podobnie jak reszta grupy. Na szczęście nazajutrz mogliśmy odespać w opór, co też uczyniliśmy. Wyjechaliśmy z Gorzowa po 12 w południe. Droga szła nam dobrze i bez zbędnych przerw. W połowie trasy rozpadało się nie na żarty, ale już w samej Warszawie pogoda była wymarzona. W sam raz na leniwą niedzielę. Dokładnie w ten sposób spożytkowałem i ja pozostałą część wolnego dnia. Na domowe nicnierobienie w otoczeniu najbliższych. Nazajutrz, odprowadziłem Alę do przedszkola, odwiozłem babcię Tereskę na dworzec, a sam udałem się do redakcji „Nie”, do Jerzego Urbana, żeby przepytać go na okoliczność pracy naukowej, ale niewiele się od niego dowiedziałem, co akurat nie było dla mnie specjalnym zaskoczeniem. Szło mi raczej o to, żeby zyskać jego głos, jako potwierdzenie mojej hipotezy.

Mylił się ten, kto myślał, że po Woodstocku zawiesiłem puzon i granie na kołku, co to, to nie. Dwa dni po występie w Kostrzynie, zagraliśmy z Darmozjadami na żywo u Makaka w Antyradiu. Wyszło bardzo przyzwoicie. Kończący sezon letni występ był dopiero przede mną. Wraz z kolegami z formancji El Doopa (bez Kazika) wystąpić mieliśmy jeszcze 15 sierpnia na festiwalu w Cieszanowie.

No i wystąpiliśmy. W piątek, tydzień przed koncertem właściwym, zorganizowaliśmy nawet próbę. Dokładnie w tym samym miejscu, gdzie wcześniej próbowaliśmy się z Darmozjadami. W związku z absencją Tomasza Glazika, którego obowiązki rodzinno-zawodowe zatrzymały w Anglii, uradziliśmy w wąskim gronie, że na czas cieszanowskiego reczitalu zastąpi go…mój brat, Wojtek, który na co dzień gra na tubie. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że na scenie cieszanowskiej w dzień naszego występu, będą występować po sobie trzy kapele z tubą w składzie. Rzadko kiedy zdarza się takie nagromadzenie tub. Przed nami grał kolega Deriglasoff ze swoim Cyrkiem, a przed nimi koledzy z grupy Hańba.

Koncert zaczął się bardzo obiecująco, od niespełna 10 minutowej improwizacji do utworu „12” z płyty „A pudle”. Początkowo chcieliśmy zagrać tylko ten numer przez 45 minut, ale stwierdziliśmy po burzliwej naradzie, że publiczność może tego nie wytrzymać. Dalej poszło już z górki. Wiązanka przebojów największych, z gościnnymi wokalizami panów z Łydki Grubasa i CZZK. Zakończyliśmy pierwszy dzień cieszanowskich zmagań grubo po pierwszej w nocy. Następnego dnia koledzy wrócili do Warszawy, a ja zostałem w domu rodzinnym. Pojechałem z rana do Zamościa. Mimo zmęczenia, bo spałem raptem 5 godzin, to był dla mnie bardzo dobry dzień. Wyszperałem w archiwach kwity, na które się zasadzałem. Potem odbyłem jeszcze intersującą i wiele wnoszącą do tematu rozmowę z Andrzejem Wnukiem, prezydentem Zamościa, prywatnie moim byłym szefem z „Kroniki”, z czasów kiedy pisywałem doń w wakacje, na studiach, żeby zarobić na piwo i słone paluszki. Wspomnieć należy, że odwiedziłem jeszcze raz Cieszanów, tym razem już prywatnie, jako słuchacz. Byłem na występie Pidżamy Porno, z wokalistą której zamieniłem zawodowo dwa zdania złożone na zapleczu, a efekt tych rozmów, daj Boże, da się kiedyś usłyszeć.

Na wschodzie bytowałem do 20 sierpnia. Wróciłem później do Warszawy. Przepakowałem rzeczy-z brudnych na czyste. I udałem się na drugą cześć wakacji. Udaliśmy się-ja i familia. Wybraliśmy kierunek kreteński, ten sam, co dwa lata wcześniej, bo bardzo nam się tam spodobało. Zresztą, nie tylko nam. Na Rodos, z rodziną, wypoczywał Tomasz Goehs, a pomiędzy Kretą i Rodos, na maleńkim Karpathos, jak co roku, od sześciu już lat, grasował On. Wróciłem z wczasów 29 sierpnia. Przytyłem dwa kilo.

31 sierpnia, do Płocka pojechaliśmy z marszu. Nie robiliśmy wcześniej żadnej próby, bo i nie bardzo było jak i kiedy. Na tydzień przed, On sporządził setlistę, krótszą niż zwykle, bo występować mieliśmy na festiwalu, jako jedni z wielu, i to wcale nie na końcu, co akurat bardzo nas ucieszyło. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że koncert nasz zbiegł się w czasie z przykrym incydentem napłynięcia do Płocka fali kulminacyjnej ścieków ze stolicy, także może to spowodowało, że ludzi nie było jakoś przesadnie dużo. Stwierdzam jednak, a powonienie mam dobre, że żadnych przykrych zapachów w pobliżu nie było. Komarów za to i wszelkiego możliwego robactwa, które właziło w każdy, niezabezpieczony odzieniem otwór, było aż nadto.

Zagraliśmy tego wieczora 18 numerów plus dwa bisy. Tak chciał organizator i taki zestaw dostała publiczność. Po kilkutygodniowym rozbracie z samymi sobą i ze sceną jako taką nie było śladu. Graliśmy po prostu swoje. Fajnie było w Płocku spotkać kolegów z grupy Analogs, którą prywatnie bardzo lubię i poważam i z której kierownictwem utrzymuję stosunki, ma się rozumieć-towarzyskie. Jeden z kolegów z Analogsów, obecny na naszym koncercie, w skrytości serca wyznał mi, że jest to jego pierwszy koncert Kultu ever, choć oczywiście numery zna i poważa. I mimo tego że jest rudy, to na pewno mówił prawdę. Po występie, z racji bliskości domostwa, wróciliśmy na noc do Warszawy. Ok. 1.30 byłem już w swoim łóżku.

Wczoraj nie brałem udziału w manifestacjach i pochodach. Byłem z Alą i kuzynostwem na placu zabaw, na Woli, w parku przy Księcia Janusza. Bardzo lubię ten rejon. Parę lat mieszkałem niedaleko stamtąd. Na Księcia Janusza mieściła się też redakcja „The Warsaw Voice”, w której zarobiłem pierwsze pieniądze. Pod kościołem, przy Deotymy, znalazłem telefon. Należał do starszej pani, która bardzo się ucieszyła gdy go odzyskała, i choć na mszę nie poszedłem, to i tak zaliczyłem dobry uczynek. Nagrodziłem się za to najnowszym Tarantino. Trzy godziny minęły mi jak trzy minuty. Świetny film. Na Almodovara nowego też pójdę. Ale bez chłopaka.

Lato 2019, czyli koncerty popołudniowe – Wyszków, Kazimierz, Tuchola, Działoszyn

Ostatnie kwadrum koncertowe, rozrzucone dość znacznie w czasie, z powodu połowy kanikuły urlopowej, zlało mi się w zasadzie w jeden miesiąc. Dość pracowity i malowniczy miesiąc, który poprzedził oczekiwanie na grande finale tegorocznej letniej trasy, który już za kilka dni. Wypada więc nadrobić zaległości przed Polandrockiem/Woodstockiem, żeby po, móc pisać z czystym kontem.

Najstarsi Górale już chyba nie pamiętają, że czwarty od końca, licząc od teraz, był dla grupy młodzieżowej koncert w Wyszkowie. Zagraliśmy go w zasadzie z marszu, bo przyjechaliśmy na późną próbę i zaraz po występie, tj. po upływie ok.30 minut drogi, byliśmy już w domach. Dziś, kiedy jest już obwodnica Marek, Wyszków to prawie rogatki Warszawy. Pamiętam, jak 7-8 lat temu jeździliśmy z Joanną starą drogą, właśnie z Marek do Wyszkowa, na rowery. Zostawialiśmy auto na rynku, zabieraliśmy pojazdy z rowerowego bagażnika, i pedałowaliśmy cały dzień wzdłuż Bugu.

Na początku wyszkowskiego koncertu nic nie wskazywało na to, że ludzie przyjdą i zapełnią stadion. Gdy zaczynaliśmy grać, po 20, było w pełni widno. Ludzi garstka. Pod koniec bisów żegnał nas już jednak prawdziwy tłum w przeróżnym wieku. A koncert? Mili Państwo, ileż razy już to pisałem i mówiłem: my od jakiegoś czasu nie gramy już złych koncertów. Jak nikt nie nadużywa, to i nikt nie ma prawa dać ciała na scenie. Warto dodać, że dzień przed koncertem wyszkowskim zanotowałem w Lublinie koncert Lee Scratch Perry’ego. Poszedłem nań przez wzgląd na to, że w Lublinie akuratnie tego dnia być musiałem. Zresztą, w niedzielę, zaraz po Wyszkowie, znowu jechałem przez Lublin, dalej na wschód, na uroczystość rodzinną. Tam spędziłem kilka dni, skąd z rodziną udaliśmy się na pierwszy tydzień wypoczynkowy, do Istebnej, w większej grupie towarzyskiej. Oprócz swawoli i dokazywania łaziliśmy po górach. Dzieciaki, w tym mała Ala, wlazły szlakiem na Czantorię, i to bez specjalnego marudzenia. Dokładnie tego samego dnia, w tej samej okolicy przebywał krajoznawczo Pan Janek, ale na wędrówkę na szczyt nie dał się namówić. Po powrocie do Warszawy ostał się jeszcze jeden tydzień rozbiegówki i kolejny, dwukoncertowy łykend- Kazimierz Dolny-Tuchola.

W Kazimierzu zagrać mieliśmy w ramach festiwalu Kazimiernikejszyn, którego mózgiem i pomysłodawcą jest Paprodziad z grupy Łąki Łan. No i oczywiście zagraliśmy. Na finał dwudniowej imprezy dołożyliśmy do pieca jak się patrzy. Ten koncert był z gatunku tych bardzo dobrych. Zresztą, samo miejsce, kamieniołomy kazimierskie, robiło niezłe wrażenie, także grzechem byłoby spaskudzić taki anturaż. Samo za to miasteczko o tej porze roku, w łykend, to już jednak prawdziwe piekło. Ciżba ludzka niemożebna, jak na Krupówkach albo i lepiej. Chodniki i parcele zastawione samochodami. Wiem, że istnieją na świecie ludzie, którzy odnajdują się w takich okolicznościach i wprost za nimi przepadają, ale ja z pewnością się do nich nie zaliczam. Skwarny dzień przemieszkałem w klimatyzowanym pokoju. Napisałem zaległy tekst. Poszedłem na basen i na saunę. Mógłbym te rzeczy zrobić gdziekolwiek indziej na świecie, ale zrobiłem akurat tam. Z dala od tłumów. Po występie wróciłem do hotelu na piechotę, razem z moimi kolegami, Darkiem i Olą, którzy zatrzymali się akuratnie w tym samym co Kult miejscu.

Pospałem jakieś 6 godzin. Zresztą, jak my wszyscy. Zdążyłem jednak przed śniadaniem skoczyć jeszcze na saunę parową, wypocić odrobinę toksyn, które przyjąłem po drodze ze znajomymi. Zapowiadała się długa i ciężka droga. Ponad 500 km do Tucholi, powiatu, skąd pochodzi Tomasz Glazik.

Bardzo lubię takie niedzielne eskapady. Mija się małe miejscowości. Ludzi, odświętnie ubranych pod kościołami. Balony na bramach, znakiem tego dziś pewnie poprawiny. Można zjeść też w przydrożnej knajpie flaki albo rosół. I gdy się wsiądzie do puszki i ruszy dalej, to mimo że ujechało się już 3 godziny, ciągle jest się jeszcze daleko od celu. I tak nam się ślamazarzyła ta droga cały boży dzień, aż wreszcie dotarliśmy do jej kresu. Pogoda jęła się nieco psuć, ale na szczęście były to tylko pozory. Po próbie spadł co prawda niewielki deszcz, ale zbawiennie to podziałało na przyrodę i na nas samych Dało się wreszcie czymś oddychać.

Położono nas kilkadziesiąt kilometrów od Tucholi, w Chojnicach. Dla porządku, to już w innym województwie. Czemu akurat tam? Nie wiemy. Dr Banach, chojnicki kolega, zapraszał do siebie na aftery, ale po całym dniu w busie niespecjalnie mieliśmy melodię. Tę znaleźliśmy za to na występ tucholski. Ludzi się zeszło, że o Jezu. Organizator ze sceny wspominał coś o 15 tysiącach, ale chyba nieco na wyrost.

Po sztuce zajechaliśmy, jak to my, na stację Kupiliśmy, co kto chciał. Chwilę posiedzieliśmy na balkonie, w hotelu, ale nie więcej niż 0,5h-45 minut. Zmęczenie zdecydowanie zwyciężyło i po raz kolejny Morfeusz zwyciężył Bachusa. Kiedyś to Bachus pokonywał Amora, a teraz, proszę jak nisko upadliśmy.

Wyjechałem nazajutrz do domu z techniką, chwilę po 9. Tłoczno było na drodze, jechało się bardzo średnio. To się co nie bądź czytało, to drzemało i tak na przemian. Na pisanie nie miałem jeszcze sił. Zbierałem je przez następnych kilka dni.  

Miniony tydzień splótł ze sobą kilka niespodziewanych więzów, o których mówić na razie nie mogę i przyniósł wiele pozytywnych zaskoczeń. Pierwszym z nich był koncert grupy Darmozjady w piątek w warszawskiej Przystani Piwnej. Po pierwsze dlatego, że przyszło trochę osób, a zapowiadało się, że nie przyjdzie nit, a po drugie, bo zagraliśmy bardzo dobry koncert, co ucieszyło potrójnie. Znowu zanotowałem niewielu snu, bo, pomimo że wróciłem do domu przed pierwszą, a najtrwalsi zawodnicy wracali ponoć o szóstej, to wstałem chwilę po siódmej, zbudzony wbrew sobie, żeby śpiewać w duecie „Mam tę moc”, co oczywiście uczyniłem, choć jeszcze o tej porze moc wcale nie była ze mną. O 9 wyjeżdżaliśmy na koncert do Działoszyna, miasteczka w powiecie Pajęczno. Graliśmy już tam, w 2012 r. Pamiętałem o tym, bo jeszcze gdy pracowałem w biurze, na korkowej macie dyndała mi na d głową smycz z logo miasta Działoszyna, na której trzymałem jakiś pendrajv, a którą dostałem właśnie tam, przy okazji występów letnich.

Graliśmy w tym samym miejscu co 7 lat temu. Nocowaliśmy gdzie indziej, to akurat zapamiętałem. Dzień występu wyglądał dość standardowo. Próba w okolicach 12-13. Po 14 obiad, który rozciągał się do 16. Dalej czas wolny na zabawy w podgrupach i o 20 koncert. Jeszcze w busie uradziliśmy, że sekcja warszawska wraca po koncercie na noc do domu. Na takich, średniokrótkich przelotach, gdy nie ma następnego dnia żadnego innego koncertu to już u nas w zasadzie norma. Skończyliśmy grać chwilę przed 23. W domu byłem ok. drugiej.

Znowu nie pospałem. Z rana odprowadziłem Alę do przedszkola i szykowałem się na spotkanie z Jerzym Urbanem. Tak właśnie, z tym samym. Spotkanie w ramach pracy nad rozprawą doktorską; co i rusz spotykam się ostatnio z mniej lub bardziej zasłużonymi komunistami. Ok.10 zadzwonili z redakcji, że w związku z tropikalnymi upałami, lekarz zabronił Urbanowi wychodzenia z domu, ale jak bardzo chcę, to mogę pojechać w czwartek lub w piątek do Urbana na chatę. W piątek, miła pani, to ja będę już na Woodstocku, odparłem, ciężko przełożyć. Wiemy, wiemy, odpowiedział głos po drugie stronie słuchawki. Człowiek z redakcji też tam od nas będzie. Po paru godzinach, gdy rozmawiałem z innymi dziennikarzami, okazało się, że w zasadzie każdy tam wtedy będzie, a w redakcjach zostanie sprzątaczka i stróż. Może to i lepiej. W Warszawie najeździłbym się rowerem po mieście ze dwa dni żeby ich wszystkich złapać, a tam będę miał ich wszystkich na miejscu.  

Tridua czerwcowe

Nie pisałem, bo nie miałem jak i kiedy. Trochę mi się też nie chciało w ten gorąc. A tak naprawdę, te czerwcowe tridua koncertowe tak mnie wymęczyły psychofizycznie, że od poniedziałku, a w zasadzie od wtorku, kiedy docierałem do domu, bo poniedziałek zawsze był na straty, nie mogłem się na niczym skupić. Może jedynie na rozpakowaniu walizki i spakowaniu nowych ciuchów na kolejny wyjazd. Ale nie żałuję. Dużo miłych chwil przetoczyło się przez moje żyły, trzewia i głowę w tym czasie…

Czytaj dalej Tridua czerwcowe