Trasa anplaktowa niedokończona – Bydgoszcz & Poznań

Przed zabraniem się za pisanie tego tekstu, musiałem odpalić stronę zespołu i zerknąć w zakładkę koncerty. Nie chciałem tego robić, ale musiałem, bo nie pamiętałem już dat dziennych, kiedy się to wszystko skończyło. Nie chciałem, tak jak się nie chce zaglądać do starego albumu, żeby nie zobaczyć, jak się kiedyś głupio wyglądała, bo od razu uruchamiają się wspomnienia i nostalgie. Pamiętałem, że w Łodzi, że było tego dnia zimno, ale co to była za data, to już nie. A zwykle pamiętam takie rzeczy. Teraz pewnie to z siebie wyparłem. Tak, jak nie chce się pamiętać o złych chwilach, mimo że akurat tamta była dobra, bo całkiem udany występ się przytrafił, ale na zawsze zapamiętamy ją, jako ostatni koncert w tym półroczu, a kto wie, może nawet i w tym roku.

Podświadomie też nie chciałem pisać tej zaległej relacji. Takie magiczne myślenie, że jak się nie napisze, to znaczy, że rzeczy nie było, że nic się nie stało. A jednak się stało. 7 marca. Prawie dwa miesiące temu. Już prawie dwa miesiące minęły, od kiedy zagraliśmy nasz ostatni koncert. Gdy graliśmy go, w Wytwórni, w Polsce, mimo braku oficjalnych zakazów, odwoływano imprezy-jedna za drugą. Pamiętam, że w garderobie mówiliśmy, trochę z przekąsem, że to najpewniej nasz ostatni występ w tej trasie, choć mimo wszystko, wszyscy podskórnie liczyli, że uda się jeszcze dociągać przyszły tydzień do końca, bo Wrocław był odwołany decyzją wojewody, ale reszta pozostawała w mocy. W najczarniejszych snach żaden z nas nie podejrzewał, że wszystko potoczy się tak, jak się potoczy. Tydzień, dwa, do kwietnia, może do świąt Wielkiejnocy. A potem, w maju, wracamy.

Po łódzkim koncercie był Dzień Kobiet. Wróciliśmy do domów na noc. W niedzielę nie było szans gdzieś wyjść, bo pani Magda nie mogła zostać z małą Alą gdyż sama świętowała, więc przerzuciłem obchody na poniedziałek. Wyszliśmy z małżonką do knajpy, a później do kina. Na islandzki film. Nie przypuszczałem, że to będzie nasze ostatnie wyjście do miasta jak dotąd. Na środę umówiony byłem z Kazikiem w radiu. Gadaliśmy oczywiście o koronawirusie, bo i o czym tu gadać. O dziwo, pamiętam, że mieliśmy wówczas dość podobne podejście do tematu, które prezentujemy i dziś, choć w międzyczasie przychodziły parokroć niemałe kryzysy. Jeszcze w trakcie audycji dostaliśmy od menadżera wiadomość, że koncerty w Warszawie i w Katowicach zostają przełożone na bliżej nieznany termin. Po wywiadzie odwiozłem Kazika do domu. Umówiliśmy się, że skoro nie gramy koncertów, wykorzystamy ten czas na próby. Pamiętam, że chwilę potem pojechałem na wywiad z Pawłem Bożykiem, profesorem ekonomii, szefem doradców Edwarda Gierka. Gdy rozmawialiśmy w kawiarni, w telewizorze, na pasku jednej ze stacji pojawiła się informacja, że premier zawiesza na dwa tygodnie lekcje w szkołach i zajęcia w żłobkach i przedszkolach. Nazajutrz spotkaliśmy się w Proximie. Nastroje były dalekie od zachwytu. Zagraliśmy całkiem udaną próbę, której efektem były dwie albo trzy kompozycje. W międzyczasie pojawiały się nieoficjalne informacje, że od następnego dnia nieczynne będą lotniska i wstrzymany zostanie ruch lotniczy nad Polską. Postanowiliśmy, mimo że w planach mieliśmy granie jeszcze następnego dnia, że odpuszczamy, żeby koledzy przyjezdni mogli bez strachu powrócić do domów. Wśród gąszczu fejkniusów pojawiały się wówczas też takie, że lada moment odcięta będzie Warszawa i nikt z niej nie wyjedzie. Jak się miało okazać, dobrze postąpiliśmy. Tomasz Glazik załapał się na ostatni, dosłownie, samolot do Londynu. Koledzy Goehs i Wereński bez przeszkód powrócili do Poznania i Zielonej Góry. 12 marca, wtedy po raz ostatni widzieliśmy się w komplecie.

Z Gdańska do Bydgoszczy jechało się szybko. Zimnica byłą przeokrutna. Wyjechaliśmy późno. Późno też dotarliśmy. Hotel mieliśmy na dalekich obrzeżach. M.in. dlatego trochę nie w smak nam było szlajanie się po mieście na afer, bo spora grupa uderzeniowa szykowała się, żeby tego dnia zaprowadzić nas pod najznamienitsze adresy w Bydgoszczy, gdzie serwują najlepsze trunki i wyszynk. Rzutem na taśmę sprawę załatwił Dr Yry, który poprosił w hotelowej restauracji aby w drodze wyjątku poczekali na nas godzinkę dłużej, a wszystkich chętnych na spotkanie po, sprosić właśnie tam. Pamiętam, że cały czas bardzo dokuczał mi kontuzjowany bark. Bolał bardzo. Nakleiłem sobie za pomocą Niego, jeszcze w hotelu, plaster rozgrzewający, który z kolei tak mocno grzał, że rzeczywiście, zapomniałem o bólu, bo skupiłem się na żywym ogniu, który palił mi skórę. Chciałem zajść do apteki po ketonal w żelu, ale jak na złość, żadnej nie było w pobliżu. Radny Mikołajczak przyniósł mi coś na uśmierzenie bólu na koncert. Jedną rzecz w płynie a drugą w kremie. Obie zastosowałem dopiero po reczitalu. Kiedy tak sobie teraz o tym myślę, to nie wiem czy wtedy łagodnie nie przeszedłem tego koronawirusa. Kasłałem suchym kaszlem, choć nie byłem zaziębiony, nerwoból był dość dojmujący. Cholera wie.

Dotarliśmy do bydgoskiej Filharmonii na dwie godziny przed, na próbę i popas. Pamiętam, że wtedy właśnie napisałem ostatnią relację z trasy. Ukończyłem ją dosłownie pięć minut przed wejściem na scenę. Od kiedy sięgam pamięcią, tak właśnie w Bydgoszczy wygląda mój przedkoncertowy wolny czas. Występ wspominam w samych superlatywach. Grałem tego dnia w słuchawkach, więc nie było źle. Sala w Bydgoszczy lubi płatać figle. Gdy schodziłem ze sceny, bark bolał mnie chyba bardziej niż kiedy na nią wchodziłem. Zażyłem lekarstwa. Pomału przestało. W międzyczasie rozesłałem wiadomości do kolegów, że kto żyw i chętny, może się przemieszczać tu a tu. Nie spotkało się to z hurraoptymistycznym przyjęciem, bo nawet jak na Bydgoszcz, hotel był kawałek od centrum miasta i życia towarzyskiego, ale nie chciało się nam, muzykantom, wracać po nocy do łóżek. Lepiej pójść do nich spać prosto z bankietu, co też zrobiliśmy.

W sali restauracyjnej hotelu zjawiła się prawdziwa śmietanka towarzyska. Kogóż tam nie było. Kelner zawczasu poinformował, że przyjmuje zamówienia jeszcze przez godzinę, a później idzie do domu. Pobraliśmy więc na zapas. A kiedy knajpę zamykano a nas wypraszano, przenieśliśmy się na górę, do hotelowego lobby, gdzie kontynuowaliśmy zabawę w najlepsze do późnych godzin nocnych. Wypiliśmy przy tym wszystkie dostępne w recepcji piwa i alkohole własne, co było znakiem do wymarszu spać.

Nazajutrz, w drodze do Poznania lizałem rany. Lizał też Morwa, Yry i co najmniej połowa naszych kompanów z wieczora, których akurat w busie nie było. Pamiętam, że mój ambitny plan biegania z rana po Myślęcinku musiałem odłożyć ad acta, gdyż nie bardzo byłem w stanie. Nie powiem, nie czułem się tego dnia kwitnąco, ale powiedzieć, że było dramatycznie źle, to też przesada. Zanotowaliśmy w Poznaniu sold out, podobnie jak i w innych miastach na tej trasie. Podobnie zresztą jak i Lao Che, które tego dnia, dokładnie w tych samych godzinach co my, 100 metrów dalej, na Zamku, grało swój koncert w ramach trasy pożegnalnej. Też niedokończonej, jak symfonia.  

Poznań nas nie zawiódł, a my nie zawiedliśmy Poznania. Rozparcelowaliśmy nasz występ jak trzeba, tak, że publiczność już od połowy śpiewała i żyła koncertem razem z nami. Z powodu niedzieli oraz miazmatów z poprzedniego dnia, nie miałem tego wieczora ciągu na bramkę, ale oczywiście zaszedłem do Kultowej, spotkać się z mecenasem i paroma innymi kolegami, żeby zmyć hańbę po trasie pomarańczowej, kiedy na wyjście nie starczyło mi już sił. Po drodze mijałem tłumy wychodzące z koncertu Lao. Pisałem nawet do Dimona Jastrzębskiego, perkusisty, czy nie zechcą dołączyć na jednego do knajpy, ale towarzystwo zawijało się na noc do Warszawy i Płocka.

W Kultowej zabawiłem oczywiście ciut dłużej niż chciałem, ale bez przeginki. Razem z mecenasem wyszliśmy po północy i rozstaliśmy się w zgodzie pod hotelem. Pobiegać nie zdążyłem, choć może bym nawet i się do biegania nadał, ale wyjazd do Koszalina był z tych wcześniejszych, coś w stylu 10 a nie 12, a to jeszcze wciąż było dla mnie za wcześnie. C.d.n.

Trasa anpkatowa 2020 – trudne początki

Miałem wczoraj super dzień; taki dzień, jak miewają panie albo dziewczyny, kiedy są same ze sobą i mogą robić co chcą. Ale trochę przedobrzyłem.

Drugi dzień w Gdańsku, przed drugim koncertem, zacząłem wcześnie. Wstałem po siódmej. Przed budzikiem Ten nastawiłem na wpół do ósmej. Śniadanie miałem zamiar zjeść po przebieżce. Początkowo chciałem pójść pobiegać do Parku Oliwskiego, ale pomyliłem drogę i biegnąc przez Przymorze, znalazłem się w Parku Nowodworskim, a stamtąd już usłyszałem, jak fale biją o brzeg i tak mi się spodobało, że plażą pobiegłem prawie do Sopotu. Zamiast godziny zrobiły się z tego prawie dwie, bo wracałem spacerem, gdyż spompowałem się zbytnio nad morzem. A trzeba Wam wiedzieć, że to był to dla mnie pierwszy od dłuższego czasu jogging poranny. Kiedyś biegałem regularnie. Potem rzecz zaniedbałem. A teraz mam silne postanowienie, żeby wrócić. Bo brakuje mi ruchu na świeżym powietrzu, a na orbitreku w siłowniowej sali to nie to samo.

Wróciłem prosto na śniadanie. Zjadłem solidnie. Wróciłem do pokoju i przez półtorej godziny oddawałem się płaceniu zaległych podatków, rachunków, zmianie stałych zleceń, aż mi to wszystko do reszty zbrzydło. Złapała mnie 13. Poszedłem na hotelową siłownię, bo i siły wróciły, więc gdzieś trzeba było je spożytkować. Potem zafundowałem sobie jeszcze saunę. Normalnie takie SPA dla chłopa. Rześki, czerwony na twarzy i ucieszony począłem się szykować do wieczornego reczitalu.

Pierwszy Gdańsk zagraliśmy w zasadzie z rozpędu, prosto z drogi. Wpadliśmy do hotelu na 5 minut. Zostawiliśmy graty i z marszu pojechaliśmy na próbę. Graliśmy w tym roku w Gdańsku w klubie Stary Maneż. Pierwszy raz, choć o klubie już wcześniej wiele dobrego słyszałem. Przez ostatnią dekadę Gdańsk gościł nas w sali Filharmonii Bałtyckiej, na Ołowiance, do której zdążyliśmy już przywyknąć i obwąchać ją z każdej strony. Na początku bardzo ubiłem to miejsce, później trochę mi spowszedniało. Niemniej, nadal w rankingu sal filharmonicznych stawiam ją bardzo wysoko.

Stary Maneż okazał się dla nas łaskawszy niż sądziliśmy. Pierwszy koncert zaskoczył trochę wytłumioną ponad miarę sceną i „ksobną” akustyką, ale nie przeszkodziło to nam poderwać tłumów z miejsc. Drugi nie miał już tego akustycznego naddatku, bo po pierwszym dniu wiedzieliśmy, co i gdzie nacisnąć, żeby zabrzmiało jak należy.

Kiedy tak się szykowałem do drugiego gdańskiego występu, poczułem, jak mnie zaczyna pobolewać lewa łopatka. Najpierw ćmić, a później już boleć naprawdę, i to na tyle dojmująco, że ciężko było mi się wyprostować. Za wszystko obwiniłam poranną przebieżkę. Ot, przewiało chłopa. Ale to dziwne, bo jak niby przewiało pod łopatką. Przypomniałem sobie, że na tej naturalnej adrenalinie tyrałem jeszcze później ciężary i musiałem wówczas coś sobie naderwać. Wziąłem proszek przeciwbólowy, ale średnio działał. Po próbie znalazłem na szybko aptekę i kupiłem plastry rozgrzewające. Jeden standardowy, a drugi na kształt wszywki z esperalem, jeno większej. Nakleił mi ją na bolącą część ciała doktor Mirek. Niestety, przy dwudziestym kawałku na scenie cholerstwo odpadło. W nocy zbudziłem się ok 5.30 i pół godziny prześlizgiwałem się na łóżku jak wąż, żeby znaleźć sobie dogodną pozycję do spania, bo próby pionizacji kończyły się niepowodzeniem. Z Gdańska ruszyliśmy dziś do Bydgoszczy w samo południe, bo mieliśmy blisko. Wszystko odbyło się według starych, sprawdzonych schematów. Hotel, popas w na sali Filharmonii, próba, 1,5 godziny oczekiwania, podczas których piszę właśnie te słowa.

Trasa anplaktowa zaczęła się dla nas dość nietypowo i ciężko. Próby zarządziliśmy na cztery dni przed pierwszymi koncertami, tj. od poniedziałku do czwartku. Już w poniedziałek w zasadzie wiedzieliśmy, że będziemy musieli się wyrobić w trzy dni, bo Tomasz Goehs musiał wrócić do Poznania na pogrzeb bliskiej osoby, więc zintensyfikowaliśmy prace. Graliśmy do 18. Bez przerw na posiłki. I to były naprawdę dobrze i solidnie przepracowane trzy dni. Kiedy już myśleliśmy, że nic nas nie zaskoczy i przed pierwszą Warszawą mamy pohetane co się da, niespodziewanie przyszedł cios.

W dzień pierwszego koncertu zebraliśmy się w Stodole w komplecie. Prawie. Najpierw obiad, później próba i koncert od 19, jak w każdym innym mieście i w każdej dotychczasowej trasie. Niestety bez pana Janka. Gruda tego dnia nie dał rady wyjść na scenę. Wiadomość ta spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Istniało poważne niebezpieczeństwo, że nie uda się mu wydobrzeć też na następne dni. Dosłownie na godzinę przed występem zrobiliśmy burzliwą i gorącą naradę wojenną w małym pokoiku przy scenie. Zdecydowaliśmy, że damy mu ten czas, żeby uporządkował swoje sprawy, a kontuzjowani zagramy trasę bez niego. Bez zastępcy. Janek ma się ogarnąć i jak będzie gotowy, wróci do nas po koncertach akustycznych. Na szybko przearanżowaliśmy setlistę pod kątem braku klawiszy. No i wyszliśmy grać. Nie musze chyba dodawać, co każdy z nas miał w głowie, kiedy grał. Ale mam wrażenie, że stanęliśmy na wysokości zadania. Nie było czasu, żeby sztukę odwołać; w sumie nawet o tym na poważnie nie myśleliśmy.

Zagraliśmy i gramy do tej pory, najlepiej jak potrafimy, osłabieni brakiem Janka. Grała w nas też adrenalina. Tak jak u człowieka, który straci palec i na szybko musi przysposobić pozostałe, żeby zastąpiły brakujący organ. Porównałbym to do stanu, gdy żołnierz dostaje postrzał w brzuch. Wnętrzności wylatują mu na zewnątrz. On, jak gdyby nigdy nic, pakuje je z powrotem do trzewi, bierze karabin i idzie bić się dalej. Otrzeźwienie przychodzi później. A wraz z nim ból, strach i wszystkie właściwe zdarzeniu przypadłości. Do mnie dotarło to następnego dnia, przed drugim koncertem. Grało mi się mega pod górę. Jak na kacu. Niepewność ruchów, pamięć mięśniowa zaburzona, brak koordynacji. Oczywiście nie było jakiś spektakularnych wtop, bo to nie ta liga, ale czułem się, psychicznie i fizycznie, jak obity pałką naokoło. Gdybym je miał, bolałby mnie pewnie też włosy. Kontaktowaliśmy się z Jankiem tego dnia. Było już lepiej. Tyle dobrego.

Do Lublina ruszyliśmy w niedzielę po południu, mądrzejsi o dwie Warszawy i to, jak i co zmieniać na bieżąco w repertuarze. Służyła też temu druga, stodolana próba, na której skupiliśmy się nad przearanżowaniem piosenek, tam gdzie było to możliwe. Tam gdzie brak klawiszy był niezastępowalny, postanowiliśmy wymienić utwory. Na szczęście obyło się bez radykalnych cięć.

Lubelski koncert wypadł wyśmienicie. Grało mi się bardzo dobrze. Dopisała frekwencja. Jak zwykle w Centrum Spotkania Kultur zagrała też świetnie akustyka miejsca. Daliśmy tego dnia jeden z lepszych, jeśli nie najlepszy, lubelski koncert anplaktowy. Z racji tego że to niedziela, a z Lublina do Warszawy jest niedaleko, część kolegów wróciła busem na noc. Ja zostałem wraz Nim w hotelu. Nazajutrz miałem umówione spotkanie z jednym rozmówcą w ramach zbierania materiałów do pracy doktorskiej. Wróciłem w poniedziałek, busem prywatnym, bo nie zdążyłem na pociąg. O 15 byłem w Warszawie. O 16.30 odebrałem małą Alę z przedszkola. Nazajutrz, we wtorek, zabrałem do przedszkola na 9 oprócz Ali również swój puzon, żeby pokazać dzieciom, co to jest i czym na co dzień się zajmuję. To w ramach cyklu spotkań z rodzicami ich zawodami. Dzieciaki były zachwycone. Mało które nie chciało spróbować zagrać na wielkiej trąbie. Prawie każdemu się udało wydobyć dźwięk, a to już jest samo w sobie sztuką. Nawet paniom przedszkolankom nie szło tak, jak dzieciakom.

W czwartek rozpoczęliśmy 6-dniówkę. Chyba jak dotąd, w historii tras bezprądowych, nie zdarzył się tak długi cykl koncertowy bez żadnej przerwy. Nie wiadomo jednak, czy rzecz doprowadzimy do szczęśliwego finału, w związku z szaleństwem koronawirusa i odwoływaniem imprez masowych na potęgę w obawie przed pandemią. Menadżer uspokaja nas, że wszystko jest pod kontrolą i nikt na razie z niczego się nie wycofuje, ale ja wiem, że w roku wyborczym władza jest w stanie poświęcić bardzo dużo, zwłaszcza nieswoich pieniędzy, żeby tylko nie mówiono o niej źle. Np. jako o tej, która dopuściła do zakażenia na koncercie czy konwencji, a w konsekwencji tego, sprawa się rypła i pod żyrandolem pojawił(a) się ten/ta, który(a) powinien(nna). Ufamy jednak, że naród nie zwariuje do reszty i pozwoli nam nacieszyć się graniem. Nawet w mniejszym gronie niż zazwyczaj…

Trasa pomarańczowa 2019 – Wrocław, Kato, Kraków – podsumowanie

Ostatnie triduum koncertowe i tak bardzo rozciągniętej w czasie trasy, zapowiadało się imponująco. Wyprzedana hala Orbita, co nigdy nie miało miejsca, wyprzedana płyta Spodka (tym bardziej) i prawie pełne trybuny, no i od dawna wyprzedany klub Studio w Krakowie. To nie mogło się nie udać. Tzn. mogło, ale się udało.

Do Wrocławia pojechaliśmy z kierowcą Darkiem Chylakiem. Możecie go kojarzyć z fosy, stojącego w Kult-Ochronie, jak również z tradycyjnego już na trasie, wykonywania „Polski” wraz z Kazikiem. Tym razem Darek zadebiutował w roli kierowcy, gdyż Rysiek akuratnie obwoził po Słowacji Danutę Błażejczyk, a Darek na kierowaniu się zna. Samochodów osobowych też.

Dowiózł nas Daro sprawnie i bez przygód. Kwaterunek na obrzeżach miasta, w hotelu na Muchoborskiej. Niewiele dalej była też hala Orbita. Z początku myślałem, że położą nas w zakładowym hotelu w samej hali, jak to już bywało przy okazji koncertu październikowego i anplaktowego, który tam graliśmy. Dość powiedzieć, że mało który kolega o tym anplaktowym pamiętał. A był raz rzeczywiście taki występ. W hali Orbita parokroć nocowała też grupa El Dupa, choć grała zupełnie gdzie indziej. Tym razem jednak miejsca leżące przewidziano z dala od miejsca pracy. Sądziłem, że państwo w Orbicie mają jakiś remont obiektu, albo organizator ma umowę z innym hotelem, ale okazało się, że w sali bankietowej trwała w najlepsze impreza. Wyglądało to na wesele, bo dziś wesele w piątek to wcale nie taka wielka niecodzienność. Tak czy inaczej, w Orbicie graliśmy, ale już nie spaliśmy.

Kiedy weszliśmy doń po raz pierwszy, po kilku latach nieobecności, miałem jak najgorsze przeczucia. Hala sportowa, nie najmłodsza, ale i nie wiekowa na szczęście, która zimą zamienia się w lodowisko, nie wróży akustycznie niczego dobrego. I prawdopodobnie by tak było, gdyby nie to, że na naszym koncercie wypełniła się do ostatniego miejsca. Daję słowo, nie pamiętam tak rozentuzjazmowanego i gorącego Wrocławia w listopadzie. Mimo że powietrza było pod dostatkiem, spociłem się tego wieczora bardziej niż w niejednym klubie, tak to wszystko szło. Jak w maszynie. Momentami ocierało się o jakąś psychodelię, kiedy się człowiek zatracał w graniu albo obserwowaniu całości. Tak też określił to jeden z kolegów na pokoncertowym raucie: było psychodelicznie i perfekcyjnie wykonane. I ja się pod tym podpisuję. Graliśmy we Wrocławiu chyba równe trzy godziny.

Po występie umówiłem się z wrocławskimi znajomymi pod halą i pojechaliśmy do centrum, coś zjeść i wypić. Wylądowaliśmy w knajpie w starym, pruskim więzieniu. Chyba kiedyś już tam byłem. Poza tym doskonale kojarzyłem miejsce z kryminałów Marka Krajewskiego o Eberhardzie Mocku, które z lubością czytuję. Z powodu tego że było po 23 lub bardziej przed 24, kuchnia wydawał tylko dania barowe. Można było zamówić frytki albo frytki. Zamówiłem frytki. Z majonezem truflowym. Inni też zamówili frytki. Z różnymi innymi sosami. Frytki grubo krojone, własnej roboty, jedne z lepszych jakie jadłem. I na pewno z najlepszym majonezem truflowym jaki jadłem ever. Trunki piłem ochoczo acz umiarkowanie. Następnego wieczora grać miałem w Spodku, poza tym dochodziła druga po północy, oczy poczęły mi się już kleić, więc około równej godziny rozstaliśmy się z towarzystwem na rogu ulic Więziennej i Nożowniczej. Dotarłem do hotelu po kwadransie jazdy uberem. Grupka kolegów dokazywała jeszcze w hallu hotelowym. Przyłączyłem się na moment, a że nie specjalnie było już z kim i co spożywać, wszyscy pomału udali się na pokoje, co uczyniłem i ja.

Wyjazd do Katowic zarządzony był na 12. Odespałem zaległości. Ruszyliśmy o czasie. Po drodze napisałem tekst zarobkowy do „Trybuny”, a później zająłem się rezerwowaniem biletów lotniczych na pomarcowy, tradycyjny wyjazd regeneracyjny. Wybór padł na Toskanię. Niedane mi było dokończyć tego, com zaczął, gdyż przy próbie finalizacji zakupu, system się wieszał i nie dał sobie zapłacić pieniędzy. Black Friday zbliżał się wielkimi krokami Naród już zaczął kupować na potęgę.

W Spodku, tradycyjnie, jak od lat, przywitała nas w hotelu Olimpijskim, dziś zwanym Diamentem, reprezentacja Kult-turystyczna. Pokrzepiliśmy się na wejściu, ja i On, lekami od dra Banacha który prowadził punkt pierwszej pomocy i poszliśmy poleżeć przed próbą na parę chwil. Dosłownie kwadrans albo dwa. Po próbie nie zostałem na obiad służbowy. Dobrze zrobiłem, zwłaszcza, że się opóźnił. Pozwoliłem porwać się moim śląsko-zagłębiowskim znajomym do knajpy Kredens w Katowicach. Lokal na uboczu, ale od drzwi pachniało grzanym winem i piernikami. Kiedy na dworze ziąb przeszywał do szpiku kości, w środku było przyjemnie ciepło i przytulnie. Kuchnia też niezła. Pasty, burgery, kurczak na pięć sposobów. Wziąłem kluchy z owocami morza na ostro, do tego białe winko. Doskonale się to wszystko komponowało; kulinarnie i towarzysko.

Sam koncert w Spodku-magiczny. Daję słowo, chyba nigdy nie widziałem tylu ludzi pod jednym dachem. Zwłaszcza z perspektywy stojącego na scenie muzyka. Na parę godzin przed koncertem rozniosła się plotka, że Spodek, podobnie jak hala Orbita, też się wyprzedał, ale były to nieprawdziwe informacje. Ma to jednak swoje dobre strony; skoro wyprzedaliśmy większość duży hal w tym kraju, a Spodka jeszcze nie, cały czas jest po co do niego wracać! Jak na złość, przy takim audytorium, mieliśmy z początku problemy sprzętowe. Najpierw coś się popsuło w basie, ale technika szybko się z tym uporała. Później zaszwankował mikrofon wokalisty i też chwilę trwało, zanim znaleziono usterkę. A pamiętam na próbie, jak Kajetan kazał odłączyć zapasowy kabel do podpięcia wokalu, bo tylko niepotrzebnie generował zbędny sygnał na konsolecie.

Po występie rozpoczął się w patio hotelowym tradycyjny bankiet oraz wszechpotężna fraternizacja Kult-Turystów z muzykami, Kult-Ochroną i wszystkimi ludźmi dobrej woli, która to w godzinach późnonocnych przeniosła się do hotelowej restauracji. Nazajutrz, o 11 na śniadaniu, większość biesiadników nadal wyglądała kwitnąco, jakby koncert skończył się godzinę temu.

Do Krakowa jechał już z nami Ricardo, który szczęśliwie powrócił z zagranicy cały i zdrów. Po 45 minutach drogi byliśmy na miejscu. Pogoda była taka, że nic, tylko wleźć pod koc, położyć się i tak zostać. Zimno, wietrznie za to do tego prawie w ogóle nie padało. Nie napiszę nic innego i w tym miejscu. Hotel, leżenie, próba, powrót, leżenie i sam koncert. Kraków jeszcze nigdy nas nie zawiódł i tak było i tym razem. Pamiętam koncerty w klubie Studio, po których wychodziłem głuchy i mokry. Tym razem opuściłem deski klimatyzowanego i nowoczesnego miejsca wesół i szczęśliwy. Doskonale się dziś tam gra i dobrze słyszy, choć na próbie mieliśmy obawy, bo kolumny basowe, po przebudowie i generalnym remoncie, który klub niedawno przeszedł, umiejscowiono pod sceną Kiedy Jeżyk zagrał coś, nawet na cienkich strunach, czułem, jak obiad układa mi się w bebechach. Na szczęście przyszli ludzie i wytłumili, i na koncercie nie mieliśmy już takiego dyskomfortu. Warto w tym miejscu wspomnieć też o świetnym suporcie, który Kraków nam zgotował. Wiolonczelistka, cajon, gitara-naprawdę bardzo dobre granie.

 Koncert krakowski był chyba najdłuższy, jak to ostatni na trasie. Po pierwsze dlatego, że spieszyć się już nie było dokąd, a po drugie, zawsze na koniec trasy Kazik, jak ksiądz na ambonie, czyta ogłoszenia parafialne. Wymienia z imienia, nazwiska lub pseudonimu wszystkich tych, którzy przyczynili się swoją pracą i osobą do tego, że kolejny rok mogliśmy cieszyć Was swoją muzyką, a samych siebie-Wami. Lista jest zawsze długa, bo nie pomijamy nikogo, chyba że przez roztargnienie. Byłaby jeszcze dłuższa, gdy chcieć wyliczyć każdego z osobna, kto przyszedł, kupił bilet i wystał w trzygodzinnym hałasie. Jeden taki, Paweł Ptak, Kult-turysta z Rzeszowa, był na tegorocznej trasie na wszystkich koncertach, i polskich i zagranicznych. Jest to jedyny znany mi przypadek, choć wiem również o innych, którym zabrakło niewiele, żeby zdobyć tegoroczną „koronę ziemi”.

Z kilku względów trasa pomarańczowa 2019 była inna niż dotychczasowe. Bez wątpienia trwała najdłużej; rozpoczęła się w połowie września, a zakończyła pod koniec listopada. Prócz Koszalina oraz Nowej Rudy, które pojawiały się na naszej peregrynacyjnej mapie rzadko albo wcale, graliśmy w znanych sobie miastach i miejscach. Ot, kalendarz tak się dla nas ułożył, że na początku mieliśmy pomiędzy koncertami spore przerwy, po tydzień, dwa i stąd taka odległość od punktu A do B. Trasa pomarańczowa 2019 była najlepsza frekwencyjnie z dotychczasowych, i zdajemy sobie sprawę, że trudno będzie powtórzyć ten wyczyn. Wyprzedane Stodoły, Poznań, Wrocław, Łódź. W zasadzie tylko Spodek i Gdynia, największe miejsca, nie zanotowały sold out’ów. Jest to bez wątpienia zasługą koncertu na PolandRock Festiwalu, lub jak kto woli (np. ja), na Woodstocku. Z wielu względów ludzie, którzy nas tam zobaczyli, poszli na koncerty klubowe, które od lat, co pokazał i Woodstock, muzycznie nie biorą jeńców. Bywały upadki i wzloty, ale najgorsze chyba za nami. Drugą, jeśli nie pierwszą przyczyną, był również film Olgi Bieniek, który sprzągł się w czasie z Woodstockiem i z trasą, a na który to czekaliśmy 6 długich lat, co z kolei dorzuciło do pieca koncertowego również nie mało, nomen omen, koksu. Po raz pierwszy na trasie pomarańczowej przy mikrofonie zaczęli udzielać się także inni, prócz Darka Chylaka, Kult-Ochroniarze. Guma wniósł nową jakość do „Tłuszczy”, grywał na gitarze w „Lewe lewe loff”, a kiedy akurat nie czuł weny, na scenie, obok Pana Janka, przy wykonywaniu „Totalnej stabilizacji” zastępował go Tomasz Gomułka.

Z roku na rok, po trasie październikowej czuję coraz większe zmęczenie. To chyba naturalne. Martwiłbym się o siebie, gdybym nic już nie czuł. Czuję, że robię się starszy i więcej mnie kosztuje trąbienie, ale po tej trasie, która obdarowała nas bardzo hojnie w zaszczyty i emocje, jakby sił mi przybyło. Może, tak sobie myślę, pokonałem już tę granicę, za którą człowiek zostawia swoje fizyczne słabostki; że po tej trasie, próg bólu przesunął się dalej, głębiej do środka. Bardzo bym sobie tego życzył. Podobnie jak tego, żeby za rok pobić kolejne rekordy i jakoś umiejętnie zdyskontować ten tegoroczny sukces. Po trasie rozmawialiśmy z kolegami i zgodni jesteśmy co do tego, że warto w przyszłym roku pomyśleć nad nową płytą. W styczniu trzeba się będzie umówić i zacząć coś dłubać, bo nie uchodzi tak, że Wy nam coś a my Wam nic…

Trasa pomarańczowa 2019 – Nowa Ruda & Poznań

Nowa Ruda to miasteczko niewielkie, acz malowniczo położone; w górach, niedaleko Bielawy, gdzie grałem, jeszcze przed angażem do Kultu, z grupą The Bartenders, na festiwalu reggae’owym, pierwszy i ostatni jak dotąd raz. W Nowej Rudzie mieliśmy w tym roku jeden z postojów na pomarańczowej trasie. Jak to się stało, nie wiem, ale żałować nie mogę.

Początkowo myślałem, że koncert w Nowej Rudzie to sprawka Bogusia Klimasa. Boguś, to koleżka rodem z Nowej Rudy, który ongiś jeździł na nasze koncerty po całej Polsce. Kilka lat temu wyjechał za chlebem do Anglii. Tam też, w Manchesterze, odwiedził nas raz czy dwa, aż w końcu mu się na obczyźnie znudziło i wrócił do starego kraju. Jednakowoż inicjatywa wypłynęła nie od niego, a od miejscowego magistrackiego dyrektora od kultury, który do końca nie mógł uwierzyć, że wszystko przebiegnie w tak szczęśliwy dla nas i dla niego sposób.

Wyjechaliśmy z Warszawy w deszczu i zimnie. Pogoda mocno się tego dnia zepsuła i taką pozostała do dnia następnego. Dłużyło się nam niemożebnie, bo do Nowej Rudy z Warszawy kilometrów było jak za zboże. U kresu podróży zaczęła mnie boleć głowa, znakiem tego wjeżdżaliśmy z nizin w góry. Zawsze tak mam.

Położono nas spać w pięknym, secesyjnym dworku w Bielawie. Trzydzieści parę kilometrów od sali koncertowej. Ta ulokowana była w hali miejscowego OSiR-u. Podjęto nas tamże przepysznym, domowym obiadem. Hale sportowe nie są najszczęśliwszym miejscem do grania koncertów, szczególnie te, pobudowane za komuny, albo w początkach wolnej Polski. Hala w Nowej Rudzie nie była najnowsza, ale akustyka nie była za to najgorsza. Próbę rozkminiliśmy szybko, jeszcze szybciej wskoczyliśmy do busa i pognaliśmy poleżeć w łóżku przed występem. Wpieriot, krętą, górską drogą. Łeb jak bolał w tę, tak i bolał nazat.

Koncert wypadł lepiej, niż moglibyśmy sobie wyobrazić. Ludzi przyszło chyba całe miasto. Wyprzedać się nie wyprzedał, ale i tak pozytywnie nas zaskoczyli noworudzianie swoim tłumnym przyjściem. Przed reczitalem doszło do małej spiny z miejscową ochroną. Ichni szef nie chciał się zgodzić, żeby nasi Kult-Ochroniarze stali w fosie i łapali ludzi, ani robili cokolwiek, co mogłoby tamtym, profesjonalistom z agencji, zabrać chleb. Wieteska Piotr postawił jednak sprawę jasno: albo Kult-Ochrona zostaje, albo nie ma koncertu, na co i my, muzycy, przystaliśmy. Zaczęliśmy o czasie, skończyliśmy po 2.45, jak zwykle. Publiczność lekko zdezorientowana, ale żywiołowa, choć crowdsurfingu za dużo nie było.

Zebraliśmy się w szatni, chwilę po występie. Rozeznaliśmy się w posiadanych kaloriach i alkoholach. Posucha. Ruszyliśmy na poszukiwania stacji. Odnaleźliśmy rzecz w Bielawie. Skromniutki orlenik na uboczu.  W środku za to, oprócz naszej, wygłodniałej bandy, dwie parówki. Kanapek brak. Ewentualnie gorący kubek, ale bez wrzątku. Kupiłem sobie paczkę czipsów, bo z głodu po drodze łeb bolał mnie bardziej niż zazwyczaj. Zapiłem w hotelu drinkiem powitalnym, które nam hotel zaoferował na przywitanie, ale że nie wypiliśmy ich z racji pozostawania w przedkoncertowej trzeźwości, Rysiek-kierowca zrobił w restauracji odpowiedni zapis, i zaordynował dla całej grupy powitalny drink do poduszki. Dobry był, kolorowy, nie za słaby. Z powodu zapominalstwa, musiałem się jeszcze udać do kolegów z Ochrony za potrzebą, gdyż nie zabrałem ze sobą pasty do zębów. Przy okazji zostałem poczęstowany kropelką alkoholu znacznej wykwintności W pokoju, ja i On, obejrzeliśmy jeszcze przygotowania do meczu bokserskiego, bo na cały mecz nie starczyło nam sił. Posnęliśmy przed drugą

Do Poznania ruszyliśmy już przy dobrej pogodzie. Po śniadaniu, bliżej 10 niż 11. Droga była raz to filmowa, raz wpół senna. Coś oglądaliśmy, coś jedliśmy. Ja uzupełniałem braki w memuarach i lekturze. Dotarliśmy do hotelu o czasie. Ucieszyło nas bardzo, że ten zlokalizowany był niecałe 10 minut spacerem od źródełka, znaczy się od Kultowej. Popas odbył się w garderobie. To, co zaskoczyło od wejścia na salę MTP, to scena, przesunięta maksymalnie do tylnego wejścia. Wiedzieliśmy, że koncert się wyprzedał i wiary będzie po dach. Drugi raz wyprzedaliśmy Poznań, co bez wątpienia może stanowić powód do chwalenia się na mieście. Mało komu udała się taka sztuka. Na próbie zagraliśmy numer z Jagodą Lembicz, powtórzony później na występie: Kochaj mnie, a będę Twoją, bo jakżeby inaczej.

Poznań wybuchł! Eksplodował! Emocjonalny kosmos. Choć muzycznie, sala MTP w tym roku zagrała inaczej. Czy gorzej, tego nie wiem. Inaczej. Czego by o niej nie powiedzieć, trzeba jednakowoż uczciwie przyznać, że bywa Sala Ziemi bardzo kapryśna i nierówna. Ale idzie to nadrobić dobrą grą i szaleństwem, a to wystąpiło na scenie i przed nią. Kosztowało mnie jednak to poznańskie poruszenie mnóstwo energii. Na tyle dużo, że kiedyśmy skończyli występ, usiadłem przy talerzu z ciepłą strawą, westchnąłem ciężko i spożyłem kolację, przeczuwając, że na Kultową nie starczy mi sił. Nazajutrz, o 8, chciałem wracać z techniką do domu, żeby nie przyjechać doń na wieczór i do reszty nie stracić na podróż całej, widnej niedzieli. Miałem też plan i obowiązek napisać tekst zarobkowy dla kapitalisty, czego dokonałem. I wszystkie te rzeczy mogłyby się pójść masturbować, gdybym jednak do Kultowej zaszedł. Nawet rozważałem krótki wypad, na godzinę i powrót. Ale czułem się naprawdę jak z krzyża zdjęty, więc walka z własną słabością nie miała najmniejszego sensu, bo werdykt już i tak zapadł. Sprawiedliwa, ludzka, ułomna natura zarządziła-ten pan zostaje. Drugi Pan z pokoju, oraz kilku innych Panów z naszej szajki jednak poszło, a jakże. Wszyscy wrócili.

Trasa pomarańczowa 2019 – Triduum warszawskie

Los był dla nas w tym roku łaskawy. Nie dość że dał nam zagrać w Warszawie trzy razy, to i do tego trzy razy z rzędu. Na trzy dni – od czwartku do soboty, zamieszkaliśmy w Stodole. W studenckim klubie Stodoła. W Stodole piliśmy, jedliśmy, dosypialiśmy braki. W Stodole zagraliśmy też jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy, koncert trasowy. I to na koniec.

Czytaj dalej Trasa pomarańczowa 2019 – Triduum warszawskie