Trasa pomarańczowa 2019 – Triduum warszawskie

Los był dla nas w tym roku łaskawy. Nie dość że dał nam zagrać w Warszawie trzy razy, to i do tego trzy razy z rzędu. Na trzy dni – od czwartku do soboty, zamieszkaliśmy w Stodole. W studenckim klubie Stodoła. W Stodole piliśmy, jedliśmy, dosypialiśmy braki. W Stodole zagraliśmy też jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy, koncert trasowy. I to na koniec.

W zasadzie nie wiem, co mam Państwu napisać o koncertach stodolanych. Z mojej perspektywy są to i najłatwiejsze i najtrudniejsze koncerty zarazem. Najtrudniejsze, bo zwykle są wyprzedawane do ostatniego miejsca i pojawia się rzesza chętnych, żeby wejść, limity wejściówek nie są z gumy, a głupio odmówić, albo się wymówić brakiem wolnych przebiegów. Najłatwiejsze, bo niewymagające zaangażowania logistycznego. Wsiadam do auta. Jadę na próbę. Auto zostawiam na parkingu za klubem. Tyle mojego trudu, żeby wsiąść do samochodu. Po kwadransie jestem na miejscu. Wychodzę. Idę na posiłek, który jest serwowany na pół godziny przed próbą. Mniej więcej w tym samym czasie schodzą się pozostali koledzy z miasta. Ci spoza Warszawy, kwaterowani są zazwyczaj na czas stołecznych reczitali w hotelu Rejtan, niedaleko klubu.

Obiady Stodoła wydaje smaczne i pożywne. Zupa, drugie i zimna płyta. Po obiedzie, lekko przyciężcy, udajemy się na górę, na scenę. Tam gramy próby, które zwykle idą szybko i sprawnie, poza pierwszą, rozbiegową, na którą przeznaczamy więcej czasu niż na dwie pozostałe.

Po próbie następuje czas wolny, który każdy pożytkuje według własnego widzimisię. Ja na ten przykład poszedłem pierwszego i trzeciego dnia zakonserwować swoją tężyznę fizyczną na siłkę, 300 metrów od klubu, do budynku dawnego kina Moskwa. Spędzałem tam po godzince z okładem. Ok. 19 z hakiem lądowałem z powrotem w Stodole. Drugiego dnia nie poszedłem się siłować, a oddałem się lekturze oraz pisaniu zaległości blogowych. A o 19.45, każdego dnia, punktualnie, zaczynaliśmy koncert. No i po prawie 3 godzinach kończyliśmy. Zwykle trzech godzinach bez 5 minut. Pierwsza Warszawa bardzo dobra, druga bardzo dobra, a trzecia-rewelacyjna. Ostatnia, najbardziej wymęczona i wycieńczająca, ale muzycznie, najlepsza, co potwierdził sam Kajetan, nasz nadworny akustyk. Ten sam, którego zwykle odwożę po koncercie autem, bo mam po drodze. I nie inaczej było i w tym roku. Wracałem do domu. Parkowałem auto pod ziemią. Paliłem papierosa, wypijałem nasennie szklaneczkę z jedną kostką lodu. I tak przez trzy dni. Szło wytrzymać.

Chciałbym napisać, że każda Stodoła była inna i specyficzna, ale przez wzgląd na to, że graliśmy tam trzy dni z rzędu, wszystkie trzy koncerty zlewają mi się w jeden. I, czego by nie mówić o naszych występach, jeśli nie ma nań nieprzewidzianych okoliczności, od nas lub od nie od nas zależnych, to od dłuższego czasu, nie schodzimy poniżej pewnego poziomu. Po prostu nie wypada. Zwłaszcza na własnych śmieciach.

Koncert dla Doroty

Pamiętam jak dziś. Napisała do mnie na fejsie Ania Dulska. Że pojawił się pomysł, aby zorganizować koncert dla Doroty Stogi. Parę dni wcześniej dowiedzieliśmy się, że Dorota zachorowała na raka. Kiedy graliśmy anplaktowy koncert w Tarnowie, w maju, nikt niczego jeszcze nie wiedział ani nie przeczuwał. Żaden z jej tarnowskich kolegów, czy to Jamal, z którym tego dnia jeździłem autem po ustnik do sklepu muzycznego, czy Wiola, koleżanka z pracy, nie zdradzili, że coś jest z Dorotą nie tak. O ile wiedzieli. O ile wiedziała sama Dorota.

Dorota, razem z Wiolą i Jamalem, od zawsze była integralną częścią tarnowskiej grupy Kult-Turystycznej. Od kiedy pamiętam. Pracowała w szpitalu w Tarnowie jako lekarz. Pomagała innym, aż przydarzył się jej psikus, i sama zachorowała. Teraz to on potrzebowała pomocy, więc w obliczu wyzwania nie mogliśmy się zachować inaczej.

Początkowo mowa była o kameralnym wydarzeniu. Najlepiej w Warszawie, bo wiele kapel zaprzyjaźnionych, znanych choćby z Zacieraliów, zgodziło się zagrać pro bono, a zorganizowanie reczitalu gdzie indziej niż w Warszawie, wydawało się nie do ogarnięcia. Ania pytała o kluby, które mogłyby pomóc w organizacji. Powiedziałem, że pomogę na ile będę umiał. Zapewniłem, że Darmozjady chętnie się włączą. Między słowami padały pytania bez odpowiedzi: czy Kult chciałby wziąć udział. Zgodnie z prawdą, zapewniłem o swoim oddaniu sprawie, ale obydwoje wiedzieliśmy, że zorganizowanie koncertu dla Kultu przez kogoś, kto dotychczas się tym nie zajmował, stanowi nie lada wyzwanie. Powiedziałem też, że wszelkie ruchy koncertowe planuje z wyprzedzeniem kolega Wieteska, i to on jest najlepszym adresatem wszelkich pytań. No i Ania zaczęła działać.

Nie musiała specjalnie zabiegać o posłuch wśród tych, który Dorotę znają. Koledzy z Kult-Turystów od razu podchwycili temat i zaangażowali się w przygotowania. Kiedy wieść o chorobie Doroty Stogi i próbie zorganizowania koncertu charytatywnego dlań doszło do uszu Kazimnierza, sprawy nabrały przyspieszenia. Na koncercie na Woodstocku zapadła decyzja, że wchodzimy w to. Najdłużej trwało znalezienie wolnego terminu. Najdogodniej, i dla organizatorów i dla nas, byłoby, gdyby data sąsiadowała z koncertem na trasie pomarańczowej, bo po Kostrzynie, po wakacjach, szykowaliśmy się, jak co roku, właśnie do niej. Po wielu telefonach i mejlach towarzystwo Kult-Turystyczne i menagment doszło ze sobą do ładu i postanowiło, że zagramy dla Doroty 4 listopada, w samym środku trasy, dodatkowy koncert. Trzeci z rzędu, zaraz po Łodzi i Opolu. W poniedziałek. Ale inaczej się nie dało.

O koncercie napisały najpierw lokalne, a potem ogólnopolskie portale. Postanowiono, że rzecz odbędzie się w Tarnowie, co w obliczu naszej, kultowej akcesji do projektu, wydawało się naturalnym wyborem. Bilety rozchodziły się bardzo szybko. Na tyle szybko, że hala sportowa w której mieliśmy grać, wyprzedała się na tydzień przed. Przy okazji organizacji koncertu dla Doroty, Kult-Turyści posiedli nowe, przydatne umiejętności. Musieli nauczyć się, jak przeprowadza się zbiórkę publiczną. Jak zaaplikować po kasę do miasta, pozyskać sponsorów. Cały ten administracyjno-urzędniczy galimatias w jednej chwili przestał być im obcy. Piszę im, bo wymienić wszystkich, którzy pomagali przy organizacji koncertu nie sposób.  Z całej Polski. Z finałem w Tarnowie.

Rozpoczęliśmy koncert o czasie. Zagraliśmy standardowy set, jednako trochę zmodyfikowany, ponieważ set-listę układała sama Dorota. Nieobecna na koncercie. Niestety, na tydzień-dwa przed, guz w głowie Doroty zaczął odrastać. Konieczna była reoperacja w Hanowerze. Koncert Dorota obejrzała na komputerze w szpitalnym pokoju, w Niemczech, oczekując na zabieg.

Zaczęliśmy dość nietypowo. Od oświadczyn. Słowo wstępne do zgromadzonych wygłosić miała Wiola Kowalewska, lekarka z tarnowskiego SOR-u, najlepsza przyjaciółka Doroty. W połowie przemówienia na scenę z bukietem kwiatów wkroczył Jamal, partner Wioli, przyklęknął, wcisnął pierścionek na palec i został przyjęty. Wiedzieliśmy zawczasu o całym galimatiasie, więc nie stanowiło to dla nas specjalnego zaskoczenia. Zaraz po huraganie braw zaczęliśmy koncert numerem „Łączmy się w pary”. A później jakoś poszło. I po niemal trzech godzinach się zakończyło. Był tort. Sto lat w garderobie. Wyszynk i napitek. Już po występie, do hotelu przyjechali pokazać się narzeczeni. Pogadaliśmy chwilę przy szklaneczce, a że było już późno, rozstaliśmy się przed drzwiami pokoju, bo ja z rana do domu o oni do pracy. We wtorek też zanosiło się na dzień.

Wszyscy, których znam i kojarzę, oraz bardzo wielu nowych, Kult-Turystów niezrzeszonych, spotkałem 4 listopada w Tarnowie. Obstawiali bramki, sprawdzali bilety, sprzedawali benefitowe koszulki. Robili za ochroniarzy. Na bramce, w fosie, wspomagali ich nasi Kult-Ochroniarze, którzy, tak jak i my, odpowiedzieli na apel, bo i im Dorotka jest i był bardzo bliska.

Dzień przed koncertem, w Opolu, TVN zrobił łączenie z Kazikiem, który opowiadał o Dorocie, Kult-Turystach i naszych relacjach. Cała Polska widziała. I słyszała, jak śpiewak porównał Kult-Turystów do…Al Kaidy. Na Spodek szykuje się inwazja pomarańczowych turbanów i arafatek.

Trasa pomarańczowa 2019 – Londyn, Toruń, Koszalin, Gdynia/Opole, Łódź

Niechaj pozdrowiona będzie robotnicza, czerwona Łódź, która, jak co roku, i tym razem nas nie zawiodła. Niechaj będzie pochwalone prasłowiańskie Opole, które przyjęło nas z powrotem po latach i dało nam schronienie oraz ciepły kąt. Pozdrowione niech będą Trójmiasto, Koszalin i Toruń, w którym spędziliśmy urocze dwa dni i zagraliśmy na deskach klimatyzowanej sali w klubie Od Nova. No i wreszcie, last but not least, błogosławion niech będzie polski Londyn, gdzie Polonia pokazała po raz kolejny, że nie da nam zginąć z głodu i szybko zejść ze sceny. Błogosławione niech będą te i przyszłe miasta. Traso trwaj!

Jedziemy właśnie w deszczu na wyjątkowy koncert. Będziemy dziś grać w Tarnowie. Nie weźmiemy za koncert pieniędzy. Cały dochód z biletów będzie przeznaczony na leczenie i rehabilitację Doroty Stogi, tarnowianki, lekarki, Kult-Turystki, która jakiś czas temu zachorowała na nowotwór. Samej Doroty na koncercie nie będzie. Miała być, ale choróbsko w ostatniej chwili o sobie przypomniało i Dorota w trybie pilnym musiała wyjechać do Hanoweru na kolejną operację. Zobaczy nasz występ w internecie. Na żywo obejrzy go przeszło 1,5 tysiąca ludzi. Tyle zmieści się do hali sportowej w której mamy grać. Biletów nie ma od tygodnia.

Całość operacji logistycznej koordynują Kult-Turyści. Pomagają przy zagospodarowaniu sali, sprzedają bilety, rezerwują hotele etc. Pomysł, żeby zorganizować koncert dl Doroty pojawił się w połowie roku, wczesnym latem. Na Woodstocku w zasadzie go przyklepaliśmy. Pozostało tylko ustalić datę występu. I tu pojawił się kłopot, bo większość dni mieliśmy już rozparcelowanych na trasowe występy. Padło na 4 listopada, dzień po koncercie w Łodzi. Niestety w poniedziałek. Baliśmy się, że w taki dzień, dość małokoncertowy, frekwencja nie rzuci nas na kolana. A tu, patrzcie Państwo, wszystko wyprzedane na pniu. Kult-Turyści zadziałali. Wieść o koncercie rozeszła się lotem błyskawicy po internecie. Akcją zainteresowały się ogólnopolskie media. W niedzielę, dzień po koncercie opolskim a przed łódzkim, duży reportaż o Dorocie, Kult-Turystach i tarnowskim koncercie wyemitował w porannym paśmie śniadaniowym TVN. Było łączenie z Kazikiem, który opowiadał o koncercie, Dorocie i naszych relacjach z Kult-Turystami, przyrównując ich przy okazji do…Al Kaidy. Nie mają centrali, ani dyrektoriatu, a i tak są doskonale zorganizowani. To, że są świetnie zorganizowani, udowodnili już nie raz, a tarnowski koncert jest perłą w koronie ich aktywności. Przede wszystkim jednak, cała akcja z koncertem to ich i nasz wkład w zdrowie dla Doroty Stogi. Tyle jesteśmy jej winni wszyscy i tyle przynajmniej możemy dla niej zrobić na ten moment. Plus dobrze jej życzyć, żeby szybko wróciła do zdrowia.

Wczoraj zagraliśmy fenomenalny koncert w Łodzi. Fe-no-me-nalny! Chyba najlepszy z dotychczasowych na trasie. Wytwórnia wypełniona po brzegi, całkowicie wyprzedana. Łódź nigdy nas nie zawodziła, ale w tym roku obłaskawiła nas nad wyraz hojnie. Nawe nie przeszkodziła w tym niedziela, która zwykle ludzi od sal koncertowych bardziej odstrasza niż przyciąga. Bo w poniedziałek trzeba wcześnie wstać. Iść do roboty. Zawieźć dzieci do szkół i przedszkoli, albo samemu iść do szkoły. Tym samym nici z afterów, tylko szybko do domu, spać i czekać kolejnego łykendu. Ale nie tym razem. Pan tego dnia nad nami czuwał i dopuścił; my daliśmy z siebie wszystko, jak co koncert, a publiczność łódzka-oddała z nawiązką. Po występie udaliśmy się na pokoje. Było w organizmach jeszcze trochę siły, ale zwyciężył zdrowy rozsądek i nie dyskontowaliśmy sukcesu zbyt długo. Nazajutrz czekał nas Tarnów i jeszcze dłuższa doń droga. Spędziliśmy, ja, On i kolega redaktor Piotrowic-łódzki znajomy, uroczą godzinę we własnym towarzystwie w pokoju przy, dosłownie, jednym piwie i inteligentnych rozmowach o życiu. Wspominaliśmy też koncert opolski. Dobry, poprawny, kameralny jak na nasze standardy. Najmniejszy chyba z dotychczasowych względem miejsca i frekwencji, za to ulokowany w amfiteatrze Festiwalu Polskiej Piosenki. Tam też zdarzało nam się grywać. Razu pewnego na deskach opolskiego amfiteatru graliśmy anplakt, o czym część kolegów zupełnie nie pamiętała, ale od czego mają mnie.

Droga do Tarnowa upłynęła nam pod znakiem deszczu i filmów, których obejrzeliśmy dwa. I to od deski do deski. Pierwszy, tajski, o facecie, który utknął na basenie z dziewczyną i krokodylem, a drugi, o skomplikowanych relacjach wiolonczelistek i ich wybujałych ambicjach. Obydwa wybrał i opatrzył komentarzem Morwa, busowy kinooperator. Na miejsce dotarliśmy na obiad. Starczyło jeszcze czasu, żeby chwilę poleżeć w łóżku i odpocząć przed wiekopomną chwilą, ale o niej napiszę w osobnym wejściu, bo nie godzi się wrzucać jej po trasie wraz z resztą tekstów, żeby zagubiła się w gąszczu wspominek.

Londyn

Na lotnisko pojechałem rowerem. Tak, tak, rowerem. Lecieliśmy do Londynu z Okęcia. Mieliśmy zabawić w Anglii dwa dni, takoż spakowałem się w podręczny plecak, żeby nie taszczyć walizki. Puzon ostał się u Glaza, jeszcze z irlandzkiej eskapady. Pod domem wypożyczyłem miejski rower, którym po niespełna 45 minutach dotarłem prawie do samiuśkiego celu. Prawie, ponieważ ostatnia stacja Veturillo ulokowana jest trzy przystanki autobusowe od portu lotniczego. Swoją drogą nie wiem, czemu nie można rowerem miejskim dojechać pod terminal, tylko maks kilometr od. Parę lat temu przyjechałem na Okęcie rowerem prywatnym pożegnać pasażerów do hali odlotów i nikt mnie nie przegonił. Da się.

Dolecieliśmy do Anglii o czasie, ale nie bez przygód. Na lotnisku w Luton okazało się, że Jankowi Zdunkowi zaginęła walizka. Pech. Czekaliśmy jakiś czas. Niestety, utknęła na amen, nie wiadomo gdzie. Tuż przed samy Londynem, po ok. godzinie jazdy busem, Jan dostał telefon, że walizka się odnalazła. Niestety, lowcosty nie dostarczają pasażerom zagubionych walizek pod wskazany adres. Ta opcja zarezerwowana jest wyłącznie dla klientów biznesowych i przewoźników z kasą i historią. Po walizkę zagubioną przez tanie linie trzeba się pofatygować z powrotem na lotnisko samemu. No i Jan pojechał. Najął za swoje prywatny transport i obrócił jeszcze raz-godzinę w tę i godzinę nazat.

Gdy Janek jechał po zgubę, ja i On, poszliśmy na rekonesans. Okazał o się, że po roku, kiedy byliśmy w okolicach Bayswater ostatni raz, sporo się tu zmieniło. Z czterech pubów, oddalonych od siebie o 100 metrów każdy, ostały się dwa. Te dwa właśnie odwiedziliśmy. Wielkie centrum handlowe, które sąsiadowało z naszym hotelem, a w którym to wyrobiliśmy sobie nawet karty lojalnościowe, jako stali klienci drogerii i stoiska z zabawkami, obróciło się w perzynę. Pozostawiono tylko wiktoriański fronton budynku, a cały środek, wraz z bebechami, wypruto do fundamentów. Miejscowi powiadają, że najprawdopodobniej będzie tam osiedle penthausów, po 500-600 tys. funtów za pokój z kuchnią. Punkt jest rzeczywiście wyśmienity. Do tego nobilitujące sąsiedztwo; na końcu Hyde Parku, jakieś 700-800 metrów dalej, mieszkają państwo Windsor z uroczą progeniturą.

W barze numer jeden piliśmy piwo, whiskey i jedliśmy miejscowe, barowe przysmaki; smażone ziemniaki w maśle i rozmarynie, oraz kurzęcie skrzydełka z sosem tatarskim. Towarzyszył nam przez pewien czas Gruda, później dosiadł się Piotrek Wieteska. Gdy się nam znudziła okolica, przenieśliśmy się dwa kroki dalej. Tam z kolei napotkaliśmy kolegów techników. Wypiliśmy jeszcze po lufie i wybitnie niechmielonej ipie. Z rana z premedytacją nie zwlekliśmy się na śniadanie. Odsypialiśmy lot, a ja nadrabiałem zaległości z tygodnia poprzedzającego, bo sporo wtedy pracowałem. Po prawdzie niewiele straciliśmy. Papierowe parówki, jajko na twardo i sok z kartonu to maks, co można było wycisnąć z tamtejszej kuchni. Kiedy jako tako się ogarnąłem, a robiłem to wybitnie niespiesznie, postanowiłem wyjść na dwór i trochę się przewietrzyć, zwłaszcza że prawie w ogóle nie padało, a grzechem byłoby taką aurę w Londynie zmarnować. Prawdę mówiąc, to była wymarzona, spacerowa i biegowa pogoda. Nawet przez chwilę się zastanawiałem, czy nie założyć butów do bieganie i śmignąć na ścieżkę do Hyde Parku, ale porzuciłem ten pomysł. Dobrze zrobiłem. Ciżba ludzka na chodnikach i w parku była ogromna. Dochodziła dwunasta. Głód ssał mnie coraz bardziej. Zaszedłem do Turczyna na rogu na kebab w cienkim cieście. Jeśli ktoś z was lubi turecki fastfood i potrafi odróżnić w nim ziarna od plew (czasami dosłownie!), a ja, nie chwaląc się, potrafię, ten doskonale wie, o ile kiedyś jadł kebsa w Anglii, że smakuje on zupełnie niepowtarzalnie. I to nawet nie Bóg wie jak wyszukany lokal. Im prostszy, dla ludu, tym smaczniejszy. Pita w którą zawija się mięso i podstawowe warzywa, jest równie banalna i prosta jak pozostałe składniki. Może idzie o sos, albo przyprawy, albo samo mięso i sposób smażenia, a może to po prostu ja za krótko byłem w wojsku, bo akurat mnie ten kebab smakuje jak żaden inny. A zjadłem ich już w życiu sporo.

Po posiłku poszedłem na spacer. W Hyde Parku, na dzień dobry, drogę przebiegł mi sporej wielkości szczur. Na lekkim kacu funkcjonowałem wciąż z opóźnieniem, także widok koto-sczura nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia. Podreptałem bez celu to tu, to tam, pokręciłem się po rejonie i wróciłem, dotleniony i najedzony, do hotelu. Przyniosłem też Jemu resztki z wyprawy, bo głodował od rana, a nie godzi się tak zostawiać kolegi, bez jedzenia i picia.

Pojechaliśmy do Forum taksówkami. Na miejscu sami swoi i dobrze znane graty. Szybka próba i wyczekiwanie do koncertu w garderobach na górze. Przed nami grał tego dnia fenomenalny suport – Dana Imannuel and Stolen Band; pięć zjawiskowych kobiet, różnych ras i narodowości, grających na instrumentach strunowych, a wśród nich nasza rodaczka skrzypaczka – Basia Bartz. Z serca i rozumu polecam ten zespół i ich muzykę.

Londyn, jak i Łódź, nie zawiódł. Tak również i nam nie wypadało zachować się inaczej. Nie wiem czy klub wyprzedał się do ostatniego miejsca, czy zostało jeszcze kilka sztuk na bramce-lokal sprawiał wrażenie zapełnionego po dach. A my? Zagraliśmy bardzo dobry koncert. Zgadzały się i odsłuchy i program i wykonanie. Zgadzało się też to, że zanotowałem w Londynie kolejną, materialną stratę. Jeszcze w Rzeszowie, w centrum handlowym, utrafiłem piękny kaszkiet. W sam raz pode mnie. Nie za szeroki, nie za ciasny. Dobrze uszyty, na dokładkę-angielski. Ubrałem raz. W Londynie. No i w Londynie pozostał. Chyba w taksówce powrotnej. Dzwoniliśmy do korporacji. Nie znaleźli. Strasznie mnie ta strata zirytowała, bo dawno nie utrafiłem tak fajnego nakrycia głowy, a dla mnie nie ma lepszego prezentu niż dobrze skrojona oprychówa.

Wróciłem do Polski bez czapki. Trochę wiało po łbie, kiedy wysiadałem na Okęciu. Naciągnąłem kaptur na baniak i szczelnie zawiązałem troczki. Powróciłem do domu za pomocą Ubera. Na rower było za ciemno i za zimno.

Nie nabyłem się w domu za długo. W środę pojechałem wraz z grupką kolegów na festiwal filmowy Tofi do Torunia. Tam, po raz pierwszy, miałem okazję zobaczyć film o Kulcie w całości, tak jak każdy normalny widz. Wcześniej oglądałem wersje przedmontażowe i czyniłem to małymi fragmentami, żeby nie zepsuć sobie przyjemności seansu po raz pierwszy. Tak się szczęśliwie złożyło, że dzień projekcji filmu o nas samych był zarazem wigilią naszego koncertu w Toruniu, w klubie Od Nowa.

Do Torunia dostałem się za pomocą pociągu. Podobnie jak reszta. Zakwaterowano nas w tym samy hotelu i w tym samym pokoju, w którym, nazajutrz, mieliśmy spędzić noc po występie. On przyjechał popołudniu. Ja z kolegami dotarłem na godzinę przed seansem.

Projekcja odbywała się w sali centrum kulturalnego „Jordanki”, tej, w której grywamy co roku anplakty. Przyszliśmy chwilę przed rozpoczęciem, w sam raz na reklamy. Siedzieliśmy pośród widowni, jak normalni widzowie. Przyznać muszę, że nie spodziewałem się, że tak wartko przez ten film przejdę. Obawiałem się, że 1,5 h materiału o kapeli, która nie uchodzi raczej za synonim rokenrola w pigułce, wykończy raczej mnie niż temat, ale bardzo pozytywnie się rozczarowałem. Inna sprawa, że film, który powstawał 6 lat, i w którym wolty reżyserskie oraz scenariusze dokonywały się średnio co dwa lata, podkopywał moje morale i wiarę w to, że szczęśliwy finał jest tuż za rogiem. Ale jednak w końcu się go doczekałem.

Po seansie zostaliśmy na sali, żeby uczestniczyć, wraz z Olgą Bieniek, w dyskusji otwartej, przy udziale publiczności. Ku mojemu zdziwieniu, wraz z nami pozostała niemal cała widownia; mało kto wyszedł tuż po projekcji. Spotkanie prowadził i pytania zadawał dziennikarz z toruńskiego radia. Po 30 minutach dyskusji przyszedł czas na pytania z sali. Mniej więcej, po 45 minutach, byliśmy wolni.

Udaliśmy się później na bankiet, do jednej z restauracji na rynku. Jak się później miało okazać, stołowała się w niej cała ekipa festiwalowa plus zaproszeni goście. Siedzieliśmy sobie przy swoim stoliku, aż tu nagle do lokalu wchodzi Tomasz Organek. On akurat z Toruniem ma trochę wspólnego. Skąd wiedział że jesteśmy? Nie wiem. Instynkt, przeczucie? Doprosiliśmy go do naszego stolika. Nie musieliśmy czekać dłużej niż 15 minut, a zjawił się kolejny pisarz-Łukasz Orbitowski, którego też, i ja i On, znamy. Nie pozostało nam nic innego, jak zasiąść pośród literatów i przy wypełnionych literatkach pogwarzyć o literaturze. Orbitowski twierdził, że sprzedał 60 tysięcy swojej ostatniej powieści, pt. Kult. Marka jednak ludzi przyciąga. Organek sprzedał ok. 20 tysięcy powieści pierwszej, ale pracuje już nad drugą. Wszyscy doszliśmy do wspólnego wniosku, że w przyszłym roku nie opłaci się wydawać już czegokolwiek, poza kalendarzami, bo oprócz Tokarczuk nic nie pójdzie powyżej 5 tysięcy sztuk.

Zabawę ja, On i Tomasz Organek, kontynuowaliśmy w lokalu Sfinks, gdzie filmowcy-festiwalowcy urządzili afterparty. Pamiętam, że bawiłem się przednio. Z dziewczynami, i nie tylko, gdyż towarzystwo było bardzo kolorowe, tańczyliśmy przy „Girls wanna have fun”, które to sam ja wymusiłem na DJ-u, i piliśmy do tego kolorowe, ale smaczne driny. Nie za słabe.

Nazajutrz było w nas jeszcze na tyle dużo siły, że wstaliśmy, ja i On, na obowiązkowe wywiady z mediami toruńskimi, które to media przyjechały do nas, do hotelu, więc nie trzeba było daleko chodzić. Późne śniadanie zjedliśmy w jadłodajni naprzeciwko, gdyż na przydziałowe, hotelowe, nie zdążyliśmy. Pamiętam, że odsypialiśmy jeszcze godzinę albo dwie, przed próbą. Po próbie wróciliśmy do hotelu. Zaszedłem później piętro niżej na chwilę regeneracyjnego treningu, a po ablucjach, na szybką sałatkę do zaprzyjaźnionej knajpy. Głód chwycił mnie pod wieczór okrutny, a niczego gorszego jak głód na scenie nie potrafię sobie wyobrazić. Występ zaliczyliśmy bardzo udany. Grało się nam z polotem i finezją. Sala, przebudowana i zmodernizowana, kolejny już rok okazała się łaskawa i dla nas i dla publiczności.

Po reczitalu umówiłem się z kolegą radnym Mikołajczakiem i Maniusiem na małe tet-a-tet na mieście. Zaprosiłem ich do klubu Sfinks, w którym bawiłem poprzedniej nocy. Tym razem na kulturalne i abstynenckie wręcz 1,5 godziny. Pożegnaliśmy się przy drzwiach mojego hotelu. Maniuś pojechał na spalinowym rowerze do siebie, a radny na dworzec, na nocny pociąg-w swoją stronę.

Wyspaliśmy się. Zdążyliśmy na śniadanie. Wszystko jak Pan Bóg przykazał. O 10 ruszyliśmy do Koszalina. Pogoda była tego dnia lekko schizofreniczna. Raz to padało i zaciągało zimnem, żeby za chwilę przypiec jesiennym słońcem. Jak dotąd, za mojej kadencji, jeszcze nigdy nie graliśmy klubowego koncertu z Kultem w tym mieście. Juwenalia były, owszem. Z Buldogiem graliśmy chyba ze dwa razy w klubie Kreślarnia. Kult się uchował.

Wystąpić nam przyszło w nowym miejscu. Klub zlokalizowany w hali magazynowej. Betonowy, z pozoru słabo wytłumiony, z czym nasz akustyk musiał sobie poradzić, a że to fachowiec pierwszej wody, jakoś go w końcu okiełznał. Biletów brak od dawna, choć miejsce, jak na Koszalin, gdzie nie grywamy zbyt często, całkiem spore. Do klubu dotarliśmy dobrą godzinę przed czasem, a to dlatego, że hotel mieliśmy zapewniony w Mielnie, 30 minut drogi autem, po kompletnie przeciwnej stronie niż sam klub. Ten z kolei znajdował się na samej, południowej wylotówce Koszalina, skąd nadciągaliśmy właśnie od północy, podróżując z Torunia. Postanowiliśmy nie jeździć w tę i z powrotem, jeno przeczekać w klubie, do godziny posiłku i próby dźwięku Wokół klubu dominowały tereny mocno przemysłowe. Nie było dokąd iść, zwłaszcza że zerwał się porywisty wiatr, który skutecznie uprzykrzał spacerowanie.

Zjedliśmy swoje. Warte pochwalenia bardzo dobre, hinduskie żarcie. Co prawda, w talerzach ze styropianu i za pomocą plastikowych sztućców, ale jakościowo-naprawdę niezłe, co, zwłaszcza z dala od dużych, wojewódzkich miast, nie jest już takie oczywiste. Ale w sumie czego tu chcieć. Koszalin nawet za Gomółki był województwem i do tej pory nie wiem, czemu nie jest nim nadal, bo rozbiór koszalińskiego między Gdański i Szczecin wydawał mi się od zawsze dla Koszalina krzywdzący. To jednak kawał terenu.

Do Mielna dotarliśmy, gdy dzień przechodził płynnie w noc. Spaliśmy w dużym hotelu z kompleksem spa, 100-150 metrów od plaży i morza. Część kolegów zdecydowała się pójść na zaślubiny z Bałtykiem jeszcze tego samego dnia. Ja postanowiłem pójść poćwiczyć. Starczyło mi czasu na 30-40 minut orbitreka. Reszta dość mocno standardowa: szybki szałer, na kolację resztki z obiadu, bo po drodze nie było czasu ani miejsca, żeby się zaopatrzyć. I na scenę. Publiczność koszalińska na początku była mocno zachowawcza, co się tyczy choćby crowdsurfingu. Dzięki temu nasza Kult-Ochrona odpoczęła po Toruniu. Jedynie brać Kult-Turystyczna próbował wzniecić jakąś sceniczną ruchawkę, ale nasienie padło na jałowy grunt. Ludzie doskonale się bawili, skakali, śpiewali i tańczyli, ale latać nad głowami nie chcieli, do czego mieli święte prawo.

Po występie, po którym byłem spocony chyba najbardziej z dotychczasowych, kiedy chwilę odtajałem w garderobie, zapakowaliśmy się raźnie do busa, i ruszyliśmy do Mielna. W pokoju, ja i On, przyjęliśmy nasennie po małym koniaku, ale na więcej, przynajmniej mi, nie starczyło już sił. Z rana, na śniadaniu, okazało się, że w tym samym hotelu, kurs swoich „skalpeli” i „brzytew” prowadzi Ewa Chodakowska. Panie z jej grupy miały nawet osobne menu śniadaniowe, z którego opacznie skorzystałem, za co zostałem skarcony przez jedną z uczestniczek. Żebym nie wyjadał, jak nie zapłaciłem.

Po śniadaniu, poszliśmy, ja i On, na romantyczny spacer na plażę. Na plażę. Po plaży nie było już czasu, a szkoda, bo pomimo zimna, pogoda była spacerowa. Jeszcze nie padało, ale powoli się zaciągało. Gdy dojechaliśmy do Trójmiasta, pogoda wyraźnie poczęła się psuć.

Koncerty w hali sportowej w Gdyni są dla mnie porównywalne tylko do tych ze Spodka. Kubatura miejsca jest podobna. Kiedy stoi się na scenie i patrzy na tłumy ludzi na płycie i na trybunach, wie się wtedy, że nie można samemu z siebie rzucić tej roboty, bo nigdzie indziej nic podobnego człowiek nie spotka. W Gdyni tegorocznej świetnie sprawdziła się nasza relacja. Nasza, tzn. zespołowa i widowniowa. Co widownia bardziej napędzona, to my bardziej do pieca. Co robiło się spokojnie i lirycznie, publiczność też zamierała razem z nami.

Kiedy zakończyliśmy trójmiejski występ, 26 października, dochodziła 23. 27 października, w niedzielę, skończyłem 37 lat. Sto lat odśpiewałem sobie sam, w windzie, wracając z patio, z urodzinowego papieroska. Drugi raz, sto lat zaśpiewało mi kino. Pobyt na Wybrzeżu jeszcze się nie kończył. Nazajutrz uczestniczyliśmy jeszcze w pokazie filmu w Gdańsku. Tzn. wzięliśmy udział w konferencji i pytaniach od publiczności, tak jak to miało miejsce w Toruniu, tylko że już w pełnym składzie. Prawie pełnym, bo kolega Glazik musiał wcześniej czmychnąć do Londynu. Ok. 15 ruszyliśmy busem do Warszawy. Po drodze obejrzeliśmy mecz ligowy, w którym Legi gromiła Wisłę. Kazik zobaczył pierwszą i drugą bramkę. Na więcej nie chciało mu się patrzeć. Kazał się zbudzić przy dziesiątej. Budziliśmy go ok. piątej i szóstej ale zawzięty był i spał dalej. Ok. 20 wieczorem dotarłem do domu.

Dziś, za parę godzin, czeka nas uroczysta premiera filmu o Kulcie w Warszawie, w kinie Wisła. Cieszy mnie wybór miejsca, bo z domu mam na nogach kwadrans, ale pogoda jest pod psem, więc skorzystam z autobusu. Ma się pojawić sam Didi, będą nasze rodziny, a po wszystkim uroczysty bankiet. Ciekawe czy Organek też przyjdzie…

Trasa pomarańczowa 2019 – Irlandia x 2 i Rzeszuff

Pewnie i tak nie dacie wiary, ale dopiero teraz na lotnisku, przed wylotem do Londynu, znalazłem chwilę, żeby w spokoju usiąść i zabrać się za teksty do koncertów irlandzkich i koncertu rzeszowskiego. Wcześniej bowiem miałem cały czas coś; przyspieszyłem w tym miesiącu dość znacznie prace nad doktoratem. Jeżdżę po Polsce, z kim mogę-umawiam się na wywiady w Warszawie. A jak starczy czasu, piszę teksty płatne do gazety dla kapitalisty.

Do Irlandii lecieliśmy w sposób kombinowany. Najpierw z Modlina do Stanstead, i dalej, po godzinie oczekiwania – do Dublina. W Dublinie spaliśmy nieopodal lotniska. 5 minut drogi samochodem. Z samego rana mieliśmy jechać autokarem do Cork. Tam zagrać koncert, zanocować i z powrotem-autobusem wrócić na niedzielę do Dublina. Pomieszkać chwilę w hotelu, udać się po południu do klubu, zagrać koncert i szybko czmychnąć spać, bo wylot do Polski zaplanowano na wczesną porę. Też z przesiadką w Londynie. Taki plan musiał mieć swoje słabe strony. No i rzeczywiście miał. Logistyka nas pokonała. Na szczęście nie polegliśmy muzycznie. Więcej napiszę, mam wrażenie, że pod tym względem wypadliśmy niezwykle okazale. W Cork wyprzedaliśmy cały klub a w Dublinie, mimo niedzieli, ludzi przyszło więcej niż w zeszłym roku, co także należy uznać za sukces. No i zagraliśmy dwa bardzo dobre koncerty.

Wyjazd do Irlandii zaczął się dla mnie stratą i stratą się zakończył. Jeszcze w drodze do punktu zbornego, tj. pod dom Pana Janka, zostawiłem w Uberze czapkę z daszkiem. Bardzo ją lubiłem. Parę minut po zarejestrowaniu zguby, zadzwoniłem do kierowcy. Był już poza rewirem. Umówiliśmy się, że skontaktuję się z nim po powrocie, ale ku mojemu zdziwieniu okazało się, że system przechowuje bezpośredni kontakt do kierowcy tylko przez dzień, dwa. Później trzeba kontaktować się zeń za pośrednictwem platformy obsługującej natrętnych pasażerów, a to trwa. W moim przypadku trwało prawie miesiąc. Dopiero wczoraj pan kierowca odwiózł mi zgubę. Wręczyłem mu bombonierkę za podwodę pod dom, choć czas oczekiwania był znaczny i nie wiem czy zasłużył. Drugą stratę, czysto finansową, po irlandzkim wyjeździe, zanotowałem już w kraju. W drodze do Londynu zapłaciłem 50 euro za ponadwymiarowy futerał do puzonu, bo podróżowaliśmy z instrumentami na pokładzie. Organizator koncertu zwrócił mi kwotę w banknocie, który schowałem do kieszeni i chwilę później zgubiłem. Wiedziałem od zawsze, że pieniądz się mnie nie ima, ale żeby aż tak? Na lotnisku w Modlinie okazało się, że część futerałów nie ma opłaconych dodatkowych miejsc, a to, czy polecą za pieniądze czy za darmo, zależy tylko od fanaberii obsługi linii lotniczej. Polacy byli w tym względzie mało wyrafinowani. Kazali płacić za każdy centymetr. Anglicy w Londynie przymykali oko, a Irlandczycy w Dublinie, a przed Londynem, byli tak samo nieugięci jak nasi. To dzięki nim jestem 50 ojro w plecy.

Podróż do Dublina wymęczyła nas niemożebnie. Już sam przejazd z Warszawy do Modlina, ryśkowym busem, w piątek, w godzinach szczytu, był ponad godzinną męczarnią. Dalej, kolejna przesiadka, kolejna bramka, kolejne zdejmowanie butów, paska i zegarka, następna kolejka, a w finale-opóźniony lot. Mordęga. Ostatecznie dotarliśmy do Dublina po północy. Było diabelsko zimno ale za to wiało i padało. Na dodatek w hotelu bar był zamknięty na głucho. On spał w pokoju od dobrych dwóch godzin, gdyż przyleciał bezpośrednio do Dublina z Poznania, razem z Tomaszem Goehsem jeszcze za dnia. Zdążył już podejść i popić na mieście i robić za komitet powitalny, ale sen sprawiedliwego Go zmógł. Nawet szklanki rudej wódki nie było na chacie, gdym wchodził przemoczony i zziębnięty do środka. Takie powitanie.

Nazajutrz, po pożywnym i dyskusyjnie smacznym irlandzkim śniadaniu, które niczym się nie różni i nic nie ujmuje śniadaniu brytyjskiemu, pojechaliśmy znowu na lotnisko, skąd odchodziły rejsowe autobusy do Cork. Podróżowaliśmy pekaesem z lokalsami. Autobus miał wifi, ustęp i klimę. Zatrzymywał się tylko raz, w centrum Dublina, żeby dobrać ludzi. Nawet zdążyłem na czas usadowić się na fotelu przy środkowym wejściu, żeby mieć więcej miejsca na nogi. Wystarczyło. Spałem całą drogę jak dziecko.

Po trzech godzinach jazdy zameldowaliśmy się w Cork. Z przystanku do hotelu wiózł nas ten sam kolega, co 9 lat temu, kiedy graliśmy tam po raz pierwszy. Część chłopaków z kapeli i techniki nie pamiętała, że kiedykolwiek tam graliśmy. Nie dziwię się. Pamiętam akurat bardzo dobrze ten koncert, jako jedne z bardziej alkoholowych. Pamiętam też doskonale, że dzień przed nim złaziłem to miasto z buta wszerz i wzdłuż.

Miło było nam usłyszeć jeszcze tego samego dnia, że występ nasz został całkowicie wyprzedany. Klub którego nie znaliśmy, zrobił też bardzo dobre wrażenie. Nie za duży, nie za mały, ze spora garderobą. Oprócz miejscowej Polonii, na koncercie w Cork stawiła się również dwuosobowa reprezentacja Kult-Turystyczna oraz nasz krakowski przyjaciel rodziny-Tomasz Gomułka wraz z synem. Następnego dnia wybierali się, ojciec i syn, na mecz do Liecester, dokąd z wypożyczenia powrócił Bartosz Kapustka, prywatnie, znajomy Gumiego. Przygarnęliśmy ich nawet, syna i ojca, pod dach, do pokoju, gdyż lot do Anglii mieli dopiero nad ranem. Wyszli cichutko jak myszki, nie budząc nas ze snu.

Tego dnia, przed koncertem, nie zdążyłem już nigdzie pójść ani niczego zobaczyć. Zresztą, po naszym przyjeździe zaciągnęło się deszczem i padało nieprzerwanie do rana. Przed koncertem zjedliśmy obiad na górze klubu. Pojawił się nawet tort z okazji rocznicy ślubu pana Organizatora. Dostaliśmy też od Kult-Turystów pamiątkowe koszulki z Poland Rocka, ale był kłopot z rozmiarówką i nie ubraliśmy się weń na reczital, jak drzewiej, w Londynie.

Koncert corkowski wypadł świetnie. Miejsca na scenie było niewiele, ale liczyliśmy się z tym. Poza tym, przychodziło grać nam i na mniejszej przestrzeni. Nie wiem czym to tłumaczyć, może ciągiem na bramkę, a może po prostu formą i energią, że z numeru na numer koncert rósł i tężał, aż w końcu się…skończył. Jakby od niechcenia, niespodziewanie. Choć zagraliśmy pełen, 30-kawałkowy set plus bisy z naddatkiem. Nie powiem, spociłem się, wymęczyłem, ale sprzężenie zwrotne tego dnia było na takim poziomie, że i nam się grało jakby lżej i z powietrzem. To tak jak z jazdą autem, z bakiem zatankowaną wcześniej, tańszą benzyną. Człowiek ma poczucie, że jakoś lepiej i szybciej mu się jedzie.

Skończyliśmy występ i w zasadzie z marszu, po złapaniu krótkiego oddechu, ruszyliśmy na pokoje. Wciąż lało jak z cebra. W recepcji hotelowej można było nabyć jedynie wino-białe i czerwone, albo piwo. Kupiłem małą buteleczkę białego wina. Wykąpałem się. Przebrałem w czyste ciuchy i zszedłem na dół, z nadzieją, że spotkam kogoś przed hotelem. Nie myliłem się. Z powodu deszczu całe nasze towarzystwo, plus kilku zaznajomionych Polaków i Irlandczyków okupowało daszek przed wejściem. Postaliśmy, ja i On, pogwarzyliśmy, napiliśmy się na lepszy sen i ruszyliśmy do pokoju, w którym urządzali już sobie życie panowie Gomułkowie. Młodszy spał, a starszy kończył akuratnie ablucje, gdyśmy się zjawili. Pogadaliśmy jeszcze dobre pół godziny i odpadliśmy-jeden po drugim.

Nazajutrz wstaliśmy niespiesznie, ok.9. Zjedliśmy tym razem typowo amerykańskie śniadanie, bo hotel nie prowadził swojej restauracji, tylko sąsiadował z knajpą urządzoną na styl Ameryki lat 60. Obite supremą, czerwone sofy, keczup i musztarda na stołach bez limitu. Jajka, bekon, frytura, czyli to wszystko, co człowiek uwielbia, a po co w domu boi się sięgnąć w obawie przed miażdżycą. Gdy wychodziliśmy przed hotel, akuratnie przestawało padać. Słońce wyszło nad Cork, kiedy właśnie z niego wyjeżdżaliśmy. Tym samym, rejsowym pekaesem, z powrotem, do Dublina. Usadowiłem się na samym tyle pojazdu. Wyciągnąłem komputer. Napisałem tekst dla kapitalisty i wysłałem za pomocą autobusowej sieci. Dalszą drogę przedrzemałem.

Po wysiadce nastąpiło akomodacyjne, lustrzane odbicie. Z powrotem do tego samego hotelu. Na 1,5 godziny, które starałem się wykorzystać na coś pożytecznego, ale ostatecznie nie zrobiłem chyba nic. Dalej, pół godziny do klubu, do centrum. Tam próba, po próbie popas, a po niej koncert. Muzycznie, równie dobry, co poprzedni. Wcześniej, między próbą a koncertem, zdążyłem przejść się na pół godziny do dużego sklepu z konfekcją, po prezenty. Jak co roku.

Wróciliśmy do hotelu ekspresowo. Na dole, na tyłach klubu, zdążyłem jedynie wymienić się uściskiem dłoni z Petkiem, który, jak Irlandia zielona i mokra, przyszedł i tego dnia. Parę zdań zamieniłem z redaktorem z miejscowego, polonuskiego radia, który zainteresowany był grupą Darmozjady. Do dziś się nie odezwał.

W hotelu zabawiliśmy chwilę z miejscowymi, na dole, na patio. Pijaństwa nie było, bo i bar zwinął się przed nami. Starczyło jednak czasu, żeby sprawdzić swoją tężyznę fizyczną. Kolega, który przywiózł z Cork naszą technikę i instrumenty swoim, irlandzkim busem poprosił nas, żebyśmy zepchnęli go z pobocza na parking. Auto, nie wiedzieć czemu, przestało współpracować. Uczyniliśmy to z ochotą. Podobnie jak i z autem, tym razem osobowym, innego z kolegów, który nieopacznie zostawił je na światłach, 15 metrów dalej. Te dwa znaki mogły dać już nam do myślenia, że powrót może nie należeć do najłatwiejszych.

Pobudkę zarządzono na wczesny poranek, piątą albo szóstą. Za oknem było jeszcze ciemno. Pojechaliśmy na lotnisko. Nadaliśmy bagaże. Dalej, drogi każdego z kolegów zwykle się rozchodzą. Na szczęście nie na długo i nie wszystkich. Ja, na ten przykład, układałem sobie czas samotnie, gdyż On znowu podróżował do Poznania, późniejszym lotem. Pozytywnie przeszedłem bramki i testy na obecność. Posnułem się po wolnocłowym ołpenspejsie. Poszukałem czegoś do zjedzenia i picia. Spożyłem. Następnie udałem się pod właściwy gejt. Dopiero tam dowiedziałem się, że Morwa gorzej się poczuł tuż przed bramkami. Na tyle źle, że został w Irlandii, a wraz z nim Wojtek. Jak w bajce o bałwankach. Że 9 bałwanków stało w jednym rzędzie itd. ale nie było nam wtedy do śmiechu. Dolecieliśmy do Stanstead bez dwóch. Trzeba zaznaczyć, że lot już wtedy miał godzinne opóźnienie. Mgła zaległa nad miastem, gęsta, jak śmietana.

Lotnisko London-Stanstead, obok Luton i Gatwick, jest największym spośród trzech podlondyńskich lotnisk. Dość powiedzieć, że do gejtów dowozi tam ludzi kolejka i momentami trzeba spacerować kwadrans albo i lepiej i to niezłym tempem, żeby dotrzeć na czas na odprawę. Dołóż do tego kolejki przed bramkami, szczegółowe iskanie bagażu, a w końcówce równania pojawią się kłopoty i niedoczas. Koledzy z techniki-Roman i Krzysiu oprócz bagaży osobistych, taszczyli ze sobą skrzynię ze sprzętem-kablami, footswitchami, bateriami etc. Wzbudziło to wzmożone zainteresowanie służb, które długo nie mogły dojść, do czego służy każdy pojedynczy kabelek. Ja tymczasem sznurowałem buty i zapinałem pasek w spodniach, po kontroli. Następnie odnalazłem kierunek marszu ku swojej bramce. Okazało się, że położona jest ona w przeciwległym końcu lotniska, do którego dowozi pasażerów wagonik. Niestety, akurat w tej godzinie, kolejka się popsuła, o czym informował stosowny napis oraz strzałki wiodące prawdziwymi kazamatami pod właściwy gejt. Być może zbyt agresywnie wystartowałem, ale według rozpiski na bilecie nie zostało dużo czasu do zamknięcia boardingu. Przybyłem na miejsce, kiedy przed wejściem do luku uformowała się kolejka. Za mną przybył Dżolo, kolega od świateł oraz, chwilę później. Jan Zdun, Gruda i Kajetan. Po paru minutach rozwarły się wrota i zaproszono nas na pokład samolotu do Modlina. Kiedy już siedziałem na swoim miejscu i jeszcze nie przestawiłem telefonu na tryb samolotowy, zadzwonił kierownik wycieczki Wieteska Piotr z informacją, że koledzy z techniki oraz on sam nie zdążyli na czas odprawić się ze sprzętem i w związku z tym zostają w Londynie, kombinując miejsca na najbliższe, możliwe połączenie. Tym sposobem dotarło nas do Warszawy pięciu. Szczęśliwie, trójka z Londynu powróciła do Polski jeszcze tego samego dnia. Wojtek wrócił z Irlandii na drugi dzień, a Piotrek, na trzeci. Z dwóch dni prób, które planowaliśmy przed koncertem w Rzeszowie, ostał się jeden, ale to w zupełności wystarczyło. Zagraliśmy głównie dawno niewykonywane numery oraz dołożyliśmy dęciaki do kawałków, w których nigdy nie grały. Mam wrażenie, że z korzyścią dla każdej z piosenek.

Do Rzeszowa ruszyliśmy w sobotę, ok.11. Droga poszła gładko. Podobnie jak próba. A sam występ? Od dawna nie pamiętam tak dobrego, jak tegoroczny, rzeszowski, koncertu. Nowe numery, stare numery, wszystko się na nim zgadzało. Publiczność, mam wrażenie, też to doceniła. Zaczęliśmy późno, ok. 21. Kiedy kończyliśmy, życie wokół klubu zamierało, a nie miałem siły telepać się na miasto, mimo że Kult-Turyści nie dawali za wygraną. Następnego dnia jechałem do Tomaszowa, odwiedzić rodziców. 

W niedzielny poranek ruszyłem pociągiem do Jarosławia. Z Jarosławia busem, do Narola, a stamtąd to już blisko. Po obiedzie wyszedłem z psami do lasu. Wróciłem po 17. Wieczorem zajrzałem jeszcze na cmentarz. Bardzo lubię cmentarze, zwłaszcza wieczorami. Tak już mam.

Następnego dnia, z samego rana, pojechałem do Zamościa, gdzie w ramach zbierania materiałów do rozprawy, przeprowadziłem kilka niezwykle owocnych rozmów, skutkujących jeszcze ciekawszymi informacjami, niezbędnymi do skomponowania pracy. Z Zamościa wróciłem pekaesem do Warszawy. W domu zameldowałem się pod wieczór.

Przed koncertem londyńskim ostał się nam tydzień wolnizny. Postanowiłem to wykorzystać i na ostatnie podrygi ciepłej i złotej jesieni, uciec na przedłużony weekend w góry. Kto w nich bywał jesienią, ten wie, co mam na myśli. Pojechaliśmy z rodziną i znajomymi do Szklarskiej Poręby. Wyruszyliśmy w czwartek z rana. Szklarską lubię bardzo i bardzo dobrze znam. Bywałem w niej już wiele razy. Pokazałem towarzystwu moje ulubione miejsca. W dwa dni, z dziećmi, nie zwojowaliśmy wiele. Plan minimum został jednak wykonany. Zdobyliśmy Szrenicę (bez dzieciaków) i Wysoki Kamień (już z dziećmi). Jedno i drugie szło dzielnie i nawet na sekundę nikt nie brał ich na ręce. Po drodze przekupywaliśmy je jedynie żelkami, ale to chyba i tak niewielki wymiar kary za taki sukces. Wróciliśmy do Warszawy w niedzielę, przed 17. Zdążyłem zagłosować. Kandydat do Sejmu na którego oddałem głos wszedł, a do Senatu nie, czego niechybnie się spodziewałem. Kiedy zaczynałem ten tekst, siedziałem na Okęciu w hali odlotów i czekałem na last call. Teraz, kiedy tekst ów kończę, zbliżamy się powolutku do lądowania w Luton, skąd zabierze nas do znanego i lubianego hotelu na Kensington Gardens kolega Likus. W królewskich ogrodach Kensingtona zamierzam jutro z rana pobiegać. Zamierzamy też wyjść dziś wieczorem, ja I On, na kolację, na miasto, no i, ma się rozumieć, na pokolacyjny deser, co z kolei może moje plany biegowe nieco zmodyfikować, ale o tym w swoim

Końcówka serii 2019: Ełk i Grodzisk Maz.

W zeszły czwartek przyjechał do mnie w odwiedziny mój brat. Byliśmy tu i tam, ale na szczęście nie za długo. Z rana, po śniadaniu, poszliśmy poćwiczyć. Przy okazji obejrzeliśmy, jak nasi spuszczają łomot Ruskim w kosza. Jak się miało okazać, było to ich ostatnie zwycięstwo na chińskich mistrzostwach, a szkoda, bo momentami było szansownie.

Czytaj dalej Końcówka serii 2019: Ełk i Grodzisk Maz.