Norge Orange

Tegoroczną trasę pomarańczową zaczęliśmy na obczyźnie-w Norwegii. Od dwóch albo trzech lat norweskie plany chodziły za nami, ale albo byliśmy za słabi na Norwegów, albo korona za mocna, albo Polonia za biedna, albo wreszcie przyszła prawdziwa, mocna korona i zamiotła wszystkie pomniejsze. Ale w tym roku jednak się udało.

Miesiąc czekaliśmy na pierwszy koncert od ostatnich występów podwarszawskich w Brwinowie, no i doczekaliśmy się. Do tego w niezmienionym składzie i bez chorób zakaźnych. Niektórzy musieli nawet wykonać specjalne testy, żeby dostać się za granicę, bo albo nie zdążyli się w porę zaszczepić, albo nie wierzą w skuteczność szczepień jako takich. Jak się miało później okazać, większość pieniędzy na testy covidowe miała być tymi wyrzuconymi w błoto, ponieważ akurat wszystkich szczęśliwców bez paszportów na zarazę nie sprawdzano na norweskim lotnisku na żadną okoliczność, łącznie z dowodem osobistym. Zresztą, w Norwegii bardzo poluźniono ostatnimi czasy covidowe restrykcje. Maski trzeba nosić w zasadzie tylko w portach lotniczych i morskich. W sklepach, hotelach, restauracjach, miejscach użyteczności publicznej, maski nie są wymagane. Życie ludzi toczy się względnie normalnym rytmem, bez covidowych brewerii. W knajpach jedynie, rzadko gdzie chcą przyjmować gotówkę, tłumacząc to obostrzeniami względem koronawirusa. W niektórych barach barmani nie mieli nawet kas z żywym pieniądzem, tylko same terminale płatnicze. Na szczęście w barach nie przesiadywaliśmy za często, bo wizyty tamże bolały bardzo. Piwo (0,4 ml) jasne kosztowało coś ok. 45-50 zł, w zależności od lokalizacji. Tyle wystarczyło, żeby nas skutecznie wystraszyć.

Dolecieliśmy pod Oslo o czasie. Pod, bo lądowaliśmy sto kilkadziesiąt kilometrów od miasta. W samolocie dwie godziny lotu spędziłem na lekturze biografii Rakowskiego. Spod lotniska zabrał nas bus z polskimi kierowcami, ale za to na norweskich blachach. Jechaliśmy ponad 1,5 godziny, w zasadzie bez przerw. Zakwaterowano nas w jednym z większych budynków w mieście. Do tego wylądowaliśmy na 12 piętrze, co miało nas wkrótce, sporo kosztować. Po rozlokowaniu i wypakowaniu klamotów po półkach i szafkach, bo w końcu przyszło nam spędzić tam ponad trzy dni, postanowiliśmy wyjść wieczorową porą na miasto, żeby nie gnuśnieć w pokoju. Zabraliśmy ze sobą na nocną przechadzkę, ja i On, Konrada, bo też był chętny rozprostować kości i w takim gronie ruszyliśmy w nieznane.

Konrada, bo wykazywał oznaki głodu, zawlekliśmy do kebabowej budki, gdzie zjadł, tzn. niedojadł, miejscowej garmażerki. Nas akuratnie głód nie ścisnął, więc nie doświadczyliśmy dobroci norweskiej ziemi w wydaniu hallal, ale Konrad i jego miny mówili całymi sobą, że niewiele straciliśmy. Przed wylotem do Norwegii, mój sąsiad z piętra niżej, Tommy, Irlandczyk, który sporo jeździ po świecie, kazał mi w Oslo odwiedzić budynek opery, bo, jak twierdził, robi niesamowite wrażenie. I rzeczywiście-zrobił. Genialna, futurystyczna bryła, nagradzana na konkursach architektonicznych, to wielka konstrukcja zbudowana z włoskiego marmuru; wcina się mocnym klinem w fiord i idzie ostro ku górze; można nań wejść, a później się wdrapać-na sam szczyt i chodzić po stropie, kiedy pod nogami orkiestra stroi instrumenty, daje znak i zaraz zacznie.

Wieczorowym spacerem zwiedziliśmy, co było do zwiedzenia. Budynek opery to już pisałem, jak obowiązkowy punkt programu; wcześniej byliśmy na jednej z głównych ulic miasta; obok stało gotyckie gmaszysko katedry, nieopodal budynek parlamentu, pałac królewski i królewskie ogrody. Złaziliśmy tak ze 2 godziny. W drodze powrotnej, przy wejściu do metra, czarnoskóra młodzież oferowała nam na sprzedaż miękkie narkotyki, ale nie w głowie nam były jointy. Woleliśmy pójść na piwo. Najpierw zaszliśmy do pobliskiego pubu Radio. Na jedno. A że chciało nam się pić, to szybko je wychłeptaliśmy. Zbliżała się 23. Rzutem na taśmę wdarliśmy się do supermarketu po cle i słone paluszki na wieczór. Żeby dobrze zamknąć wieczór zaszliśmy jeszcze do drugiego baru na tej samej ulicy, żeby zyskać pespektywę. Młodzież słuchała tam głośnej, za to kiepskiej, muzyki i grała w jakąś dziwaczną grę, przypominającą bingo; nieznany nam, Słowianom, rodzaj planszówek, gdzie każdy miał swój marker i coś zaznaczał na specjalnych kartach. Za barem spotkaliśmy naszą rodaczkę, która sprzedała nam tym razem droższe piwo, za to gorsze i prawie takie samo małe. Wyszliśmy stamtąd szybko, bo bas dudnił niemiłosiernie i wyrywał trzewia. W zasadzie do dziś nie wiem, po co tam poszliśmy.

Nazajutrz, wstałem z samego rana, i poszedłem pobiegać, wzdłuż rzeki. Ku mojemu zaskoczeniu odkryłem, że obrany kierunek jest dużo ciekawszy, niż wczorajszy. Biegłem więc w górę rzeki; mijałem wodospady, woda cudownie meandrowała. Aż tu nagle spadł deszcz i musiałem chybcikiem wracać do hotelu. Po południu wybraliśmy się wraz z organizatorami, w podróż po okolicznych fiordach, statkiem wycieczkowym. Fiordy jadły nam z ręki, zwłaszcza że prawie w ogóle nie padało. Powróciliśmy po dwóch godzinach. Deszcz lał w najlepsze. Posiedziałem w hotelu, ogarnąłem się trochę, a wieczorem wyleźliśmy na spacer, ja i On, szlakiem przy rzece, który odkryłem z rana. Złaziliśmy tak wspólnie dwie godziny i usiedliśmy przy rzece na jedno, potem na drugie, potem grzecznie wróciliśmy do pokoju, wymęczeni, spać. O 1.30 zbudził nas alarm przeciwpożarowy. Początkowo sądziłem, że to którychś z naszych ancymonów odpalił fajkę i zaraz to wycie się skończy, a, proszę mi wierzyć, wyło toto strasznie, aż urywało łeb. Kiedy po minucie wycie nie ustawało założyłem na siebie co nie bądź i wychynąłem na korytarz, żeby zobaczyć, jak się mają sprawy. Okazało się, że alarmy włączyły się we wszystkich pokojach i na wszystkich piętrach; że wyje cały hotel. Zagadnąłem Irennneusza, żeby założył coś na siebie, bo czeka nas przymusowa przeprawa, 12 pięter w dół, schodami, gdyż część lokatorów jest już na dole i nie są to chyba żarty. Schodząc na parter, dołączały do naszej pielgrzymki coraz to nowe zastępy wiernych. Na wysokości czwartego piętra poczuliśmy lekki swąd palonych kabli, a na drugim piętrze natrafiliśmy na strażaków, którzy ubierali akuratnie maski tlenowe i szykowali się do akcji.

Wszystkich gości hotelowych wywalono na zewnętrze. Wokół hotelu stały na światłach wozy karetek, policji i straży pożarnej. Na szczęście nie było zimno, więc stało się i czekało w miarę znośnie. Po godzinie pozwolono nam wrócić do pokojów. Doczłapaliśmy się po długim marszu, na nasze dwunaste piętro i posnęliśmy natychmiast.

W dniu koncertu wyszedłem z rana na przebieżkę, potem wróciłem, zacząłem pisać teksty, znowu się zebrałem, wyszedłem na miasto. I tak mi upłynęło te kilka godzin do koncertu; trochę na niczym, a trochę na czymś półkonkretnym.

Występ w norweskim Oslo zorganizowano w klubie Vulkan. Był to pierwszy w tym miejscu koncert po półtorej roku przestoju związanego z covidową kwarantanną. I od razu klub zaliczył sold out. Od dawna nie pamiętałem tak długie kolejki do wejścia. Samo miejsce przyjemne, nie za duże, nie za małe, tak na 800 osób. A sami zebrani, nabuzowani i nakręceni-czuć było tę energie w powietrzu. Zresztą, nie tylko energię. Chwilę po pierwszym gwizdku, na sali rozchodził się już miły aromat sensimili, od czasu do czasu, wzmacniany kolejnym wyziewem.

Grało mi się tego dnia trochę pod górę, bo kondycja była dopiero budowana na nowy sezon, więc sił na 100 proc. wystarczyło mi do 20 numeru, a później musiałem rozważnie nimi dysponować, żeby dowieść do końca cały występ. Zwykle bowiem jest tak, że zaczynam grać od razu ile fabryka dała, a jak kończy się benzyna to jadę na luzie, albo na niższych obrotach, a że, jak jestem w ciągu treningowym w trakcie trasy, paliwo kończy się rzadko albo pod koniec, to nie mam z tym problemu. Żeby go jednak dostatecznie dużo naprodukować, trzeba wygrać swoje niezbędne pensum koncertowe, co w covidzie było niemożliwe, stąd i nierówna forma, nawet po wakacyjnym roztrenowaniu, które w poprzednich latach, w ogóle w tym nie przeszkadzało.

Po występie udaliśmy się na piechotę do hotelu. Doszli do nas reprezentanci męskiej części Kult-Turystów i tym sposobem, w bardzo szybkim tempie, pod hotelowymi drzwiami, gdyż wyproszono nas z własnym alkoholem ze środka, zniszczyliśmy kilka butelek mocnego trunku, w doborowym towarzystwie, choć powinienem napisać, że to raczej one zniszczyły nas, o czym przekonać się mieliśmy nad ranem, czyli za kilka godzin, bo o 10 odlatywaliśmy do Polski, na Okęcie.

W samolocie dowiedzieliśmy się z Morwą ile w liniach LOT kosztuje brak maski na pokładzie samolotu. A kosztuje 18 zł. Pani stewardesa poinformowała Piotrka, że bez maski może przebywać jedynie w trakcie konsumpcji, na co ten zaordynował malutką buteleczkę czegoś do picia i siedział tak z nią dwie godziny, do momentu wylądowania na „tej Ziemi”. U nas też nie sprawdzali paszportów na okoliczność zarazy.

Norwegii ciut i polskie artefakty

Pyta mnie ten i ów, czemu nie piszę, skoro miałem. A ja mu na to: piszę, tylko to co najpilniejsze, bo dużo mam tego pisania. Teksty gazetowe dwa razy w tygodniu plus rozprawa naukowa plus bierzączka. I tyle się robi tego pisarstwa, że na wspominki nie starcza czasu. Chyba, że się akuratnie ma wolny dzień w Norwegii…

W Gorzowie graliśmy z orkiestrą dętą. Dużo sobie po tym koncercie obiecywaliśmy i rzeczywiście, wyszło całkiem dobrze, choć zapewne i my i orkiestranci i publiczności mogli spodziewać się efektu wow, który nie wszyscy, jak podejrzewam, osiągnęli. Wiązało się to z paroma kwestiami, różnej natury, z których największą przeszkodą, tak jak i w moim wypadku, był brak czasu. Nie było kiedy przyjechać do Gorzowa, żeby zrobić solidną próbę, żeby nanieść na utwory poprawki, żeby się poumawiać i dobrze skomunikować co, gdzie i kiedy. No ale może dzięki temu kiedyś nadarzy się okazja, żeby koncert w podobnym wydaniu powtórzyć. Bo, przynajmniej dla mnie, pozostał niedosyt, że w obliczu takich możliwości jakie na ongiś mieliśmy, nie wykorzystaliśmy do końca ich potencjału.

Dzień po Gorzowie udawałem się na tydzień wypoczynku do koczującej na wyspie greckiej, grupy koleżeńskiej, która dotarła do Grecji tydzień przede mną. Pamiętam, że dość długo nie mogłem dojść do ładu, jak się do nich przebić i skąd. Samolotów z Poznania nie było. Funkcjonowały połączenia do Aten z Gdańska i Warszawy, ale w kompletnie niepasujących godzinach. Aż tu nagle przyszedł mi do głowy pomysł, że najbliżej Gorzowa z dużych miast jest przecież…Berlin. A tam połączeń nie brakowało. Szybko zakupiłem bilet na samolot. Nomen omen, dużo tańszy niż u nas. Pozostawała kwestia przedostania się do Niemiec. Wybrałem połączenie autobusowe, mieszane. Najpierw pekaesem do Szczecina a stamtąd kolejnym do Berlina, na samiuśkie lotnisko Schoenefeld. W Gorzowie najadłem się trochę strachu, bo autobus spóźnił się pół godziny. Za to w Szczecinie miałem godzinę zakładki, z której zrobiło się już tylko pół. Spożytkowałem ten czas na zakupy wiktuałów na dworcu, a dalej, czekałem tylko granicy i liczyłem w duchu na to, żeby nie zanotować zbytniej obsuwy, bo na berlińskim lotnisku zostawało mi niewiele ponad godzinę piętnaście do odlotu, co, jak wiadomo, nie zawsze wystarcza, zwłaszcza gdy się zna skrupulatność niemieckich pograniczników i reżimy covidowe. Na szczęście czarne scenariusz się nie sprawdziły. Chociaż, rzeczywiście, towarzystwo czesało na bramkach niemiłosiernie. Autobus przyjechał o czasie, ruch na Schoenefeld był wyjątkowo niewielki a niebo nad Berlinem bez jednej chmurki z temperaturami bliskimi wrzenia. Schroniłem się wiec szybko w hali odlotów, odnalazłem swój punkt z odprawami, ale com zaoszczędził czasu na przemieszczaniu, tom oddał z nawiązką przy kontroli bezpieczeństwa. Dość powiedzieć, że znalazłem się po drugiej stronie na kwadrans przed rozpoczęciem boardingu. Zdążyłem jedynie zakupić napoje na podróż, a dalej, to już żelazny ptak poniósł mnie do swoich. Dodam jedynie, że u Niemca nie wylegitymowałem się niczym, poza biletem na samolot. U Greków pokazywałem jedynie apkę w telefonie, z informacją, że jestem zaszczepiony. Wszystkie kwity którymi straszyli, dokąd się jedzie, w jakim celu, z kim, zostały nieruszone.

Po wakacjach pojechałem na parę dni na wschód, do rodziców. Tak to sobie obmyśliłem, że skorzystam z czasowej koincydencji i zabiorę się stamtąd z kolegami do Krotoszyna, po występie Kazika na festiwalu w Cieszanowie, który zawsze, jeśli tylko mogę, odwiedzam jako uczestnik albo wolny słuchacz. Takoż uczyniłem i w tym roku. Przyjechałem drugiego dnia, na występ Jelonka, rowerem. Z TL wychodzi jakieś 30 km. Podobnie i rowerem powróciłem. Po nocy, zwłaszcza lasem, było nieco creepy, ale miałem sprawne oświetlenie i żadna sarna ni zając nie zabiegły mi drogi. Nazajutrz dotarłem do Suśca, gdzie koledzy noclegowali i razem z Wietechą i Kazikiem ruszyliśmy w daleką drogę. Zaiste, droga była naprawdę długa. Ponad 500 km. Korek na autostradzie za Krakowem, przed Wrocławiem i za Opolem. Do tego palące słońce i nagrzana puszka, a w środku my. Dotarliśmy chyba po 9 albo 10h jazdy, wypluci i wymemłani. Za to koncert tego dnia zagraliśmy elegancki i ze szwungiem. Żarło wszystko na scenie, jak świnia. Albo nawet jak dwie. Po sztuce przejedliśmy co nie bądź w restauracji na rynku, która służyła nam za garderobę a dopiliśmy pod hotelem, w którym akuratnie odbywało się weselisko. Było już na szczęście po oczepinach.

Koncert w Słupsku, który odbył się następnego dnia, będę pamiętał z kilku powodów. Najważniejszy to ten, że wówczas, po raz pierwszy i ostatni spotkałem się na scenie z Bartem Sosnowskim, z którym nagraliśmy wspólny numer na płytę „Polskich Znaków”, o której opowiem w kolejnym odcinku. Później widziałem się z nim jeszcze raz, ostatni raz, na planie do klipu „PZ”. A później, miesiąc temu, Bart wziął i umarł. Bez pożegnania. Przewrócił się i nie wstał. Był rok młodszy ode mnie. Graliśmy z Jankiem Zdunkiem na jego pogrzebie na trąbach. W kościele i później na cmentarzu. Jednak to ze Słupska go zapamiętam. Uśmiechniętego i zachwyconego moim wyjściowym dresem w fioletowe kaczuszki i żółtą czapką kapitana Cousteau.

W Słupsku, po wielu latach, spotkałem się też z kuzynem, którego nie widziałem dotąd na oczy, ale wiedziałem, że istnieje. W Słupsku także zagrałem w jednym z ładniejszych miejsc koncertowych w tym kraju, tj. w Dolinie Charlotty, w której grywały przed nami tuzy światowego rocka, z Patti Smith i Billy Idolem na czele. Postaraliśmy się tego wieczoru nie być dużo gorsi od starszych, amerykańskich kolegów, i sądząc po reakcjach i komentarzach po występie, chyba się nam udało. Wracaliśmy następnego dnia do Warszawy w strugach deszczu. Cały dzień. Nawet na chwilę nie przestało padać.

Trzydniówka koncertowa na zakończenie wakacji była niezwykle urocza i sympatyczna, tak pod względem muzycznym jak i towarzyskim. Pogoda mogłaby być jeno trochę lepsza, zwłaszcza, żeby osłodzić nieco końcówkę urlopu, ale w końcu nie można mieć wszystkiego.

Kraków startował mocno i deszczowo. Pomimo lejącego na wciąż kapuśniaku, temperatura była zaskakująco wysoka. W Krakowie tego dnia podjął nas Gómi i Galicja. Gómi kawaler, bowiem miesiąc później nasz kolega zmieniał stan cywilny. Oszczędziliśmy sobie jednak kawalerskiej wódki, za to zagraliśmy mu iście weselnie i do tańca. Czuć było, że publiczność rozgrzana, nawet pomimo braku słońca, pomaga nam z każdym numerem. Może dlatego ten koncert zleciał nam w pięć minut. Następnego dnia wybrałem się na przebieżkę po okolicy. Jak po złości, słońca nie brakowało. Pogoda była wymarzona, choć czuć już było jesień w powietrzu.

Plenery wrocławskie są zawsze specyficzne, nie wiem czym podszyte, ale coś w sobie mają, coś tak bardzo fajnego, że wręcz nieuchwytnego. Wrocławski koncert był jeszcze lepszy i jeszcze mocniejszy niż poprzedni, choć już krakowski był spod znaku tych bardzo dobrych. Potwierdzili to dawno niewidziani na Kulcie renegaci z byłego forum i IRC-u; że, choć nie było ich na koncertach od dawna, i choć skład dość mocno zrotował, to mocy nie ubyło a nawet jakby przybyło. Na pewno zespół zyskał na precyzji wykonania, to potwierdzał każdy. Rzeczywiście, wszyscy byliśmy tego dnia w formach medalowych. Kazik śpiewał czysto, my z dźwiękiem jak żyletka. Może dlatego, w ostatnie, ciepłe dni sierpnia, pofolgowaliśmy sobie po robocie przy nasypie, w bardzo zacnym gronie, do późnych godzin wieczornych. Ale warto było.

Z rana czułem się jeszcze na tyle dobrze, że odwiedziłem swoją ciotkę – seniorkę, na wrocławskim Nowym Dworze, uprzednio robiąc jej w samie zakupy i targając je na trzecie piętro. Z windą.  Ale zawsze. Gorzej poczułem się dopiero w drodze na Śląsk, tzn. do Zagłębia. Bo na koniec triduum przewidziano występ w Czeladzi. Na szczęście w porę wydobrzałem. W końcu nie czułem się źle po raz pierwszy więc wiem, jak sobie z tym radzić.

Jeśli w Krakowie padało, to w Czeladzi czekało nas oberwanie chmury. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, organizatorzy doszli do wniosku, że nie ma sensu robić próby dźwięku, bo wszystko pływa do kostek w wodzie i tylko przydarzy się nieszczęście. Odesłano nas do hotelu, z czego akurat bylem zadowolony, bo mogłem odespać wrocławskie, nocne dokazywanie.

Z każdą godziną przejaśniało się, ale do pełnego rozpogodzenia zostało bardzo daleko. Graliśmy tego dnia na końcu, więc czas działał na naszą korzyść, choć wiem z doświadczenia, że nie ma nic gorszego, niż zmoknięta i zziębnięta publiczność, która marzy o ciepły kocu i herbacie niźli o harcach pod sceną. Tak czy owak, ostało się na naszym występie jeszcze pełne spektrum amfiteatru, który wypełnił się po brzegi, kiedy grał kolega Vito i Bitamina. Skąd inąd z Vito też nagraliśmy numer na „Polskie Znaki”, a nazajutrz wracaliśmy z Janem Zdunem pociągiem, bladym świtem, żeby zdążyć na klip. Ten sam, na którym po raz ostatni widzieliśmy Sosnowskiego.

Skończyliśmy bardzo późno. Na tyle późno, że nikomu w głowie nie były gry i zabawy w podgrupach. Szybko zawinęliśmy się w swoje koce i kołdry. Ja i Jan na 4 godziny, bo przed szóstą mieliśmy pociąg do Warszawy. Potem szybko do mnie, do domu. Przebierka. Auto i na drugą stronę miasta, na plan. A tam, jak to w takich miejscach i sytuacjach: czeka się i czeka i czeka. I czeka. Na tyle długo, że złapałem 2 albo i 3 godziny snu w samochodzie, na tylnym siedzeniu. I jakoś dociągnąłem do szczęśliwego(?) finału.

Ostatni koncert przed trasą październikową zagraliśmy pod domem, w Brwinowie. Pamiętam, że parę lat temu też tam graliśmy. Też w podobny, wrześniowy czas. Pamiętam też, że przed tamtym koncertem, Madzia, żona Tomka Glazika, trafiła na porodówkę, a dzień później urodziła się mała Irenka.

W tym roku Brwinów zgotował nam miłe pożegnanie lata. Raz, że, mimo zimna, zagraliśmy solidny koncert, a dwa, że odebraliśmy tego dnia na scenie złote płyty od wydawcy, za ostatni „Ostatni” album. Takie wyróżnienia zawsze są miłe, i tym milej, jak jest ich dużo, ale jak tak dalej pójdzie, to będę się musiał zastanowić nad zaanektowaniem kolejnej ściany na obrazki, bo jeden rządek w sypialni już się zapełnił i nie ma gdzie wieszać fantów. Jak to w takich, przydomowych sytuacjach, przyjechałem na koncert autem i autem do domu powróciłem. A po wtóre i ostateczne, to zgodnieśmy się odnieśli, wszyscy muzykanci, że sporo lat koncertujemy, ale tak niekompetentnej ochrony, jaka była na koncercie w Brwinowie, dawno nie widzieliśmy. Towarzystwo nie pozwalało latać na rękach publice i w sile kilku chłopa przepychało skoczka w stronę publiczności, jak niechcianą piłkę na plaży. Wyglądało to komicznie i żenująco, a mogło skończyć się dużo gorzej, bo kilka osób przeleciało im przez ręce na glebę. Wietecha interweniował u organizatorów w trakcie, ale, oczywiście w trakcie nie wymienią agencji ochrony. Zrobią to jednak jak najszybciej. Tak przynajmniej twierdzili.

Dzisiaj w Oslo, ok 1:30 w nocy, obudziło nas przeraźliwe wycie alarmu przeciwpożarowego. Początkowo myśleliśmy, że to któryś z naszych ancymonów zapalił papierosa i że zaraz wszystko ucichnie. Ale nie, alarmy rozwyły się wszędzie. Wyjrzałem na korytarz. Ludzie poczynali wyłazić z pokojów i udawać się schodami, a mieszkamy na 12 piętrze, na dół. Obudziłem kolegę Irka. Założyliśmy na wierzch co nie bądź i poczęliśmy leźć razem z innymi. W trakcie schodzenia dołączały do nas nowe zastępy wiernych. Na 4 piętrze poczuliśmy lekki swąd, a na drugim spotkaliśmy brygadę strażacką, która ubierała maski tlenowe i przygotowywała się do wejścia do jednego z pomieszczeń. Zeszliśmy na parter. Tam policja wyprosiła wszystkich, hotelowych gości na zewnętrze, i tak czekaliśmy, w piżamach, szortach, klapkach na dworze/polu, aż norweskie służby się uwiną. Albo i nie. Na szczęście pogoda była znośna. Na szczęście też nic poważnego nie zaistniało. Chyba, bo pozwolili nam, po godzinie oczekiwania, wrócić do swoich pokoi. Oczywiście na piechotę. Windy nie działały. Leźliśmy długo, bo to w końcu 12 piętro. Na dodatek nasz peleton prowadził dziadek o lasce, więc tempo nie mogło być szaleńcze. Staruszek zdezerterował na siódmej kondygnacji, a my wyrównaliśmy oddechy około jedenastego poziomu.

Samo miasto dziwne. Ładne i nieładne. Sam kraj i ludzie też. Ładni i dziwni. Za to drogo. Bardzo. Jak na Islandii albo i bardziej. Ale o tym napiszę jak wrócę, czyli jutro. O tym, o owym i o koncercie, do którego zostało raptem parę godzin, a ja chciałbym nacieszyć jeszcze oczy widokami…

Letni Kraków

I znowu zaległości, ale nadrobimy i to. Miało być na bieżąco i po trasie, to i będzie. Dokładnie tydzień temu przemierzałem autem kierownictwa tę samą drogę, którą dziś pokonujemy busem. Dystans między Krakowem a Wrocławiem korkuje się jak chce i kiedy chce, dlatego właśnie spóźniamy się na obiad, a kto wie, może i na próbę.

Wyjechaliśmy o 10 rano. Jan Zdun dzielnie powozi, a mimo tego handicapu i braku nieplanowanych przerw na MOP-y i stacje, korki pod Krapkowicami i na bramkach przed Wrocławiem biją nas po łapach, i jesteśmy czasowo w plecy.

Kraków żegnałem dziś z lekką głową i ciężkim sercem, bo na koniec wakacji, Bozia dała względnie słoneczny dzień. Plan minimum wypełniłem co do minuty. Z racji poszanowania się po koncercie, wstałem po siódmej, spakowałem zawczasu mandżół i wyszedłem pobiegać. Wieczorem spojrzałem na mapę okolicy i wyszło mi z niej, że nieopodal, kilometr na północ od hotelu, są zielone tereny, na których można bez przeszkód uprawiać rekreację. Rzeczywiście, wszystko się zgadzało, do momentu gdy zielone tereny okazały się cmentarzem komunalnym na Prądniku. To akurat w ogóle mnie nie zmartwiło. Bardzo lubię cmentarze. Do biegania tez się całkiem nieźle nadają, przez większą część roku. Nieboszczykom raczej nie przeszkadzam, a oni nie wadzą mi, więc doskonale się ze sobą uzupełniamy. Po godzinie, półtorej wróciłem do żywych, wprost na śniadanie, ale i tam musiałem zahaczyć o pokój, bo pani nie chciała mnie wpuścić do jadalni bez maseczki. Oczywiście zaraz po wejściu mogłem ją zdjąć.

Do Krakowa z Warszawy też wiózł nas Jan. Czasami bywa tak, że gdy Ricardo ma obłożenie i brak mu rąk do pracy, podnajmuje jednego od nas, zwykle Janka albo Romeczka, którzy lubią i potrafić prowadzić duże samochody, żeby pełnili tego dnia dwie funkcje jednocześnie. Tak właśnie dzieje się i w ten łykend. Ruszyliśmy z miasta stołecznego o 10, bez spóźnień. Pogoda był słaba, biometr mocno niekorzystny. Mimo tego pracowałem w pocie czoła. Pisałem, liczyłem, korygowałem, adjustowałem, a jak to wszystko wykonałem, to poszedłem drzemać, bo i co tu było dalej robić.

Jan dowiózł nas do hotelu o czasie. Została nam godzina na rozprostowanie kości. Na szczęście nie było żadnych pokus aby wychodzić bez potrzeby na zewnątrz, bo prawie w ogóle nie padało. A dalej to już prosto. W deszczu i piątkowych korkach dotarliśmy na próbę i popas. Koncert organizował Janusz i Galicja u których zawsze wszystko się zgadza; i na scenie i na talerzu. Deszcz nie przestawał ani na moment, ale organizatorzy byli dobrej myśli. No i rzeczywiście-na sam reczital deszcz ustał.

Grało się nam wyśmienicie. Jeden z lepszych koncertów w letniej trasie postpandemicznej. Scena nie była zbyt wielka, a to nam zawsze pomaga, kiedy front kapeli jest w miarę ciasno. Wszystko szło jak z karabinu; nic się nie zacinało; szybkostrzelny kałasznikow. Publiczność, mam wrażenie, czuła tak jak my, bo szło się zarazić jej entuzjazmem, od pierwszej do ostatniej pieśni…

Po występie zawijka i żadnych zabaw w podgrupach. Nie było specjalnej siły ani ciśnienia. I dobrze się stało, bo dziś apetyty mamy jeszcze większe. I nie mam na myśli posiłku.

Ole-Olsztyn

Olecko od Olsztyna dzielą dwie godziny drogi. Mimo to, niedane nam było zagrać w obu tych miastach po sobie. Dzielił nas tydzień dyspensy. Może to i lepiej, bo w takich okolicznościach czasu i miejsca, do tego w letniej aurze, można by się do reszty zapomnieć w wypoczynku i nieumiarkowaniu.

Do Olecka jechałem krócej niż pozostali, bo z domu. Rysiek podebrał mnie spod klatki, w czasie gdy koledzy robili zakupy w osiedlowej żabce. Pomimo pierwszych, zaporowych korków na obwodnicy miasta i ryzyka, że przyjedziemy spóźnieni, dotarliśmy na próbę na czas, wprzódy konsumując posiłek w hotelowej restauracji. Może dlatego próba była leniwa i ospała, a pogoda nie ułatwiała wcale zadania. Gorąco i parno jak w równikowej puszczy. A to przecież tylko i aż, miasto rodzinne Janusza Panasewicza. Podobno Panas był tego dnia na starych śmieciach, ale jakoś się nie spotkaliśmy.

Po próbie postanowiłem odespać pół godziny, bo przez większość czasu w drodze do Olecka pisałem zaległy tekst i felieton do gazety. Zamiast pół godziny, przysnąłem godzinę całą. On mnie zbudził, gdy wrócił do pokoju z knajpy. Sparło go na słodkie, więc nie mógł sobie odmówić deseru. Ja tymczasem, gdym się co nie bądź zregenerował, postanowiłem zażyć ruchu, żeby do reszty nie zgnuśnieć w pokoju. Wychodzić było przykro, bo klima chodziła jak trzeba, a na zewnętrzu nic a nic się nie schładzało. Postanowiłem jednak zaryzykować. Że zrobiłem źle, przekonałem się po kwadransie. Żeby nie zwiedzać miasta i nie biegać po chodnikach w towarzystwie samochodów, znalazłem przebitkę do pobliskiego lasu. Dopóki biegłem duktem i się nie zatrzymywałem, wszystko było w porządku. Do czasu, kiedy rozwiązał mi się but i przystanąłem na sekundę, żeby go zawiązać. Chmara ślepaków oblepiła mnie w oka mgnieniu; robactwo wpychało się dosłownie w każdy otwór, więc zamiast truchtu, na odwrót zastosowałem sprint. W mieści na szczęście bąki już nie dokuczały; widocznie było dla nich za gorąco. Wyrobiłem niezbędne minimum i powróciłem.

Koncert zagraliśmy bardzo dobry. Szybki, mocny, mięsisty. Aż sam się sobie dziwiłem, że w taką pogodę zdołaliśmy uchować w sobie tyle energii. Inna rzecz, że pod wieczór, szło wreszcie jakoś oddychać, choć komary cięły jak złe.

Po powrocie do hotelu zastosowaliśmy niewielki reset na ogródku hotelowej knajpy. Najsamprzód my, potem doszła technika, która zjechała ze sprzętem i tak po dwóch godzinach zabawy dowlekliśmy się, ja i On, do pokoju. Wracaliśmy wspólnie. Jego wysadzaliśmy w Ełku, skąd przebijał się dalej, do Ukty, odwiedzić swoją umiłowaną matkę, której nie widział przez półtora roku w związku z ryzykiem zarazy oraz znacznej odległości, dzielącej ich miejsca zamieszkania. My tymczasem jechaliśmy dalej i dalej, a droga ciągnęła się niemożebnie. Nawet film z Maklakiem niewiele pomógł, choć długi był i dobry. Dotłukliśmy się po 15 mimo że wyjechaliśmy z rana po 9. Wykorzystałem resztkę dnia i poszedłem na sobotnie zakupy. Dziewuchy były do wieczora nad jeziorem pod Piotrkowem. Nazajutrz jechać mieliśmy do mecenasa Maćka pod Poznania, powygrzewać swoje ciała nad jeziorem Tuczno, w sąsiedztwie działki letniskowej na którą mnie namawiał, co oczywiście uczyniliśmy. Nie wiem czy to przez wiek albo przez pogodę, a może przez wszystko na raz lub coś kompletnie innego, ale straty wydolnościowe są coraz cięższe do wyrównania, a co za tym idzie, potrzebuję więcej czasu na regenerację. Kiedyś, przed covidem, gdy człek był w marszrucie koncertowej, organizm szybciej przywykał. Tak czy inaczej, pojechałem. Popływałem, odsapnąłem. Ale w poniedziałek, kiedym dotarł do domu z przedszkola, po porannej szychcie, odpadłem na wyro na trzy godziny. Dopiero po tej drzemce mogłem wrócić do żywych.

Cały pozostały tydzień poświęciłem na pracę nad tekstem. W sobotę, bladym świtem, pożegnałem moje dziewuchy, które pofrunęły wraz z grupą towarzyską na greckie wakacje. Ja swojego biletu nie wykorzystałem, bo miast do Aten jechałem tego dnia do Olsztyna.

Niewiele później, bo o 11 ruszaliśmy spod Proxy. Zdążyłem jeszcze zrobić krótki trening, gdyż rozwałka o 3 w nocy i podwózka do Modlina skutecznie wyleczyły mnie ze snu. W busie pisałem tekst do „Trybuny” na poniedziałkowe wydanie. Kiedy indziej nie byłoby sposobności. Miałem w Olsztynie po koncercie jeden biznesowy temat, który ogarnąłem, choć jeśli chodzi o koncertowy after, można powiedzieć, że nie byłem jaroszem. Nie byliśmy. Ja, On i cała koleżeńska, kult-turystyczna grupa uderzeniowa, która igrała z nami w klubie „Beczka” do późna. Chyba.

Olsztyński koncert był inny niż wszystkie. A to za sprawą dzieci z grupy „Krew, Pot i Łzy”, które urzekły nas swoim wykonaniem utworu „Arahja”. Do tego stopnia się nam to spodobało, że zaprosiliśmy je do zagrania naszego kawałka na żywo, w trakcie sobotniego reczitalu. Reszta, już w naszym wykonaniu, była w zasadzie bliźniaczym powtórzeniem Olecka. Dodaliśmy do setu właściwego kolejny, nowy-stary numer, żeby trochę urozmaicić repertuar. Choć…nie. Nie wszystko było jak w Olecku. Przynajmniej u mnie. Grając na dęciaku, ćwicząc, koncertując, czyniąc to względnie regularnie, w każdym sezonie, czy to letnim czy jesiennym, przychodzi taki moment, że człowiek dociera do swojej fizycznej granicy. Usta, które są trzymane w nieustannym treningu pewnego dnia, zamiast spinać się coraz bardziej…flaczeją. Mięsnie, który dostają co dzień ostro w ciry od ich właściciela, wołają wtedy: dość, przerwa. I tak właśnie miałem tego dnia ja. Od połowy występu wiedziałem, że trzeba poszanować aparat gębowy, bo dostawałem zeń sygnały że przydałby się reset. Naturalnie, dograłem set do końca, ale opłaciłem to sporym zmęczeniem. Wiedziałem, że tak tego nie mogę zostawić.

Najpierw poszliśmy, ja i On, do pijalni whyskey, zwanego przez miejscowych domem whyskey. Po kwadransie doszła do nas ekipa wrocławsko-rzeszowsko-stołeczna i tak, po spożyciu niewielkim, zawlekliśmy się pod hotel, żeby pobawić się w szerszym gronie. Tak się przypadkiem złożyło, że do hotelu przyklejony był najstarszy pub w Olsztynie, o czym dowiedzieć mieliśmy się już na miejscu. A dalej to już sami Państwo wiecie, co się zwykle dzieje w takich sytuacjach. Niechaj jednak Was nie zdziwi, że z rana, o 9 stanąłem na wysokości zadania i ruszyłem z człowiekiem, na zwiedzanie podolsztyńskich Dywit. Może nie wyglądałem specjalnie twarzowo, ale nie było tez ze mną najgorzej. Do tego stopnia, że w pociągu, bo wracałem pociągiem do Warszawy, spotkawszy Ptaka i Natalię, zaciągnąłem ich jeszcze na wino do parku Żeromskiego. Wino było prosekiem, ale poza tym wszystko się zgadzało. Tam przeczekaliśmy deszcz, godzinę „W” i jeszcze dwie następne. I tak słodko i bezboleśnie minął mi pierwszy dzień sierpnia. Boleśniej było w poniedziałek, ale na szczęście wymiar kary odpowiadał przewinom. Resztę darowano…

Siedzę teraz i patrzam na bilety lotnicze, bo chcę 9 sierpnia, po koncercie w Gorzowie, udać się do moich pań, na greckie wyspy. Wychodzi mi, że najszybciej i najtaniej lecieć od Niemca, z Berlina, ale że ten wprowadził ostatnio sprawdzanie covidowych testów na granicach, to nie wiem czy zdążę dostać się na czas na zugbahn. Żeby wykorzystać wolne w pełni, kupiłem sobie rolki. Jutro idę w ustronne miejsce, żeby przekonać się samemu na sobie, czy dam radę się na tym utrzymać, bez wstydu i komizmu, choć nie podejrzewam…

Przecław (Szczecin) – Namysłów (Czochraj Bobra) – Poznań

Przed wyjazdem do Szczecina/Przecławia, pojechałem na próbę z Darmo. Zaczęliśmy o 22, bo wcześniej się nie dało. Graliśmy godzinę, ale to i tak o 45 min za długo, bo w sali bez klimy jeno z małym, biurowym wiatraczkiem, niewyróbka była totalna. A to tylko nieśmiała zapowiedź tego, co miało nas czekać na festiwalu w Namysłowie.

Do Przecławia wyjechaliśmy o 9. Spakowałem się dzień wcześniej, żeby na rano mieć wszystko pohetane. Planowałem zamówić ubera na 9.30. Ok. 8.45 zadzwoniła do mnie dr Joanna z informacją, żebym rozsunął rolety po nocnym zaciemnieniu i spojrzał za okno. Uczyniłem to i ku mojemu zdziwieniu, niewiele się zmieniło. Na zewnętrzu panowały egipskie ciemności; niebo zasnute burzowymi chmurami; zanosiło się na potężną ulewę. Przyspieszyłem więc z porannym zbieractwem, ubera zamówiłem chwilę po ósmej; pan przyjechał punktualnie, ale i tak na nic się to zdało, bo, choć u mnie jeszcze nie padało, na Ursynowie zaczęło pół godziny wcześniej i ruch na drogach stanął jak sztyca z rana. Miast przepisowego kwadransa jechaliśmy 40 minut. Pod Proxą byłem na styk. Tyle co wysiadłem z taryfy, lunęło na nas jak z cebra. Schowałem się pod daszkiem przy kompleksie sportowym na Banacha i tam, w strugach deszczu, oczekiwałem busa z kolegami. Ten na szczęście przyjechał punktualnie. Mimo że miałem do przejścia parę metrów, zmokłem jak kura. Miasto tymczasem topiło się pod naporem ulewy. Studzienki zamieniały się w gejzery i wypluwały wodę na metr do góry. Na szczęście na naszej trasie nie było żadnego większego przestoju, więc dość szybko wydostaliśmy się z Warszawy na trasę, do Szczecina. Trzeba bowiem Państwu wiedzieć, że Przecław, w którym grać mieliśmy i zagraliśmy, to dalekie forpoczty wielkiego, portowego miasta. W zasadzie bliżej stamtąd do Niemca, bo zaraz obok jest granica w Kołbaskowie. Tak czy inaczej, na koncert zjechało się bardzo dużo szczecińskich kolegów i koleżanek. Niektórych znałem nawet z imienia i nazwiska. Była Alicja z Vespy. Kefir był. Ponton z małżonką. Marta z Pawłem. Dr Yry z rodziną z Połczyn Zdroju oraz kiszonkami na zdrowotność wprost z zakładu. Nawet Harry, ze starego składu Analogsów, został wypatrzony, choć nie porozmawiany, bo i nie było sposobności.

Całą drogę do Szczecina przespałem, bo pogoda sprzyjała, poza tym miałem miejsca leżące, gdyż mój partner podróżował tego dnia solo, pociągiem z Zielonej. Przyjechaliśmy, oczywiście po czasie, bo długa droga, sporo stacji i częstosik. Ulokowali nas w hotelu, niedaleko placu Urzędu Gminy, przed którym występowaliśmy. Znałem ten hotel, bo już raz tam nas położono. Przyczepiony doń tor gokartowy i basen mile łechtał próżność na okoliczność godziny wolnego czasu. Wybrałem basen. Popływałem w tę i nazat, wypociłem toksyny na saunie i wycisnąłem godzinę co do minuty. Zdążyłem jeszcze zajść na szybką kolację do knajpy, bo nie ma nic gorszego, jak głodny Jarek na scenie.

Zeszło się sporo ludzi, nie powiem, szczelnie wypełnili placyk przy gminie. Zaczęliśmy punktualnie. Pół dnia zanosiło się na ulewę, ale ta, najwidoczniej przeszła bokiem, u Niemca, i na czas naszego występu zrobiło się nieznośnie parno. Ubrałem na scenę szarą koszulkę, na której, po kilku numerach, wykwitły mi na klatce piersiowej wielkie plamy opadowe potu i rozlały się ku dołowi, tworząc dziwaczny bohomaz, podobny, jak zawyrokował Kazik, do jego psa.

Sam koncert dobry, z energią i wesołością. Szybko poszedł, choć wymęczył jak każdy. Po zostaliśmy chwilę na konsumpcję i osuszenie spoconych łbów. Nie planowaliśmy żadnego wystawnego bankietu po, zważywszy na to, że nazajutrz mieliśmy do przejechania prawie 500 kilometrów na wczesną próbę. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy się nie spotkali ze znajomymi, choć na chwilę, zwłaszcza że okazji ostatnio nie było zbyt wiele. Zeszli się szczecińscy koledzy, zeszliśmy i my z pokoju. Posiedziałem godzinkę, półtorej. Został niedosyt, ale zwyciężył rozsądek i łeb bez kaca. Plan miałem ambitny, żeby wstać o 5 rano, pójść pobiegać, wrócić, dopakować się, umyć, dalej śniadanie i wyjazd. Z tych wszystkich założeń zdążyłem umyć tylko zęby. Ruszyliśmy po śniadaniu, chwilę przed ósmą.

– Czochraj tego bobra! –

Dzień zapowiadał się upalny i gorący, choć pogoda w internetach wskazywała na coś innego. Pospaliśmy się w busie w zasadzie od razu, bo cóż tu robić o ósmej rano, z perspektywą 400 kilometrów z hakiem w zamkniętej puszcze. Nawet nie chciało się nam nic oglądać. Postój wyprzedzał drugi postój, stacja kolejną stację. Ciągnęła się ta upiorna droga jak msza.

Dotarliśmy na miejsce po 12. Na scenie panował jeszcze rozgardiasz, jak to w takich sytuacjach, na dawno niewidzianym festiwalu. Tego dnia miałem do opędzenia dwa zespoły, bo prócz reczitalu z The Cult, o 17 grać miałem z Darmo. Korzystając z wolnej chwili na scenie dużej, na której występował Kult, zaszedłem po sąsiedzku, na scenę małą, i nagłośniłem sobie puzon na czas występu z Darmo.

Po próbie pojechaliśmy na obiad do przepysznej i przepięknej, secesyjnej restauracji Limba; koledzy ze Strachów/Pidżamy siedzieli już przy stołach. Wjechały na parkiet specjały śląskiej garmażerki; rolada, kluski z dziurką, kapusta, wszystko świeże i smaczne. Zespół na K. pojechał nocować na pokoje, bo występował późno w nocy. Ja natomiast udałem się na festiwalowy plac, powitać kolegów Darmozjadów którzy byli już u bram. Czekając na moich muzykantów połaziłem po terenie, zbiłem piątki z toną znajomych i ćwiercią tych, którzy znali tylko mnie i powróciłem pod brezent, bo na powietrzu było gorąco nie do wytrzymania. Koledzy z Darmo dotarli w jednym kawałku choć na dwa auta. Pioter z razu zaczął narzekać, że już się rozpływa, więc ratowaliśmy się czym kto miał; wodą, piwem, solami trzeźwiącymi, byleby jakoś dotrzymać.

Na start zagrał jeleniogórski Fort BS, a po nich my. Zeszło się słuchaczy pod scenę od metra, co jeszcze kwadrans przed występem nie było takie pewne, bo żar lał się z nieba jak surówka w hucie. Z racji tego że olaliśmy próbę, pozostał nam kwadrans soundchecku, po którym ruszyliśmy z kopyta. Już po pierwszym numerze byłem spocony jak mysz, zresztą jak my wszyscy. Jeszcze na próbie, Pioter namawiał mnie, żebym śpiewał zwrotkę do utworu „To Ty”, którą nagraliśmy do spółki z kolegami z The Analogs, do słów autorstwa Piguły. Ja mu na to, że po co, skoro będzie oryginalny śpiewak w osobie Kamila, to i się go poprosi, żeby wpadł i się powygłupiał. Oczywiście niczego podobnego nie zrobiliśmy, aż tu nagle, zupełnym przypadkowym zrządzeniem losu, tuż przed rzeczoną piosenką, na scenę wtargnął wytatuowany starszy człowiek, po czym zawołał szwagra i kompletnie zdefasonowali nam występ.

Skończyliśmy koncert po godzinie. Koledzy pojechali obmyć się do hotelu, tj. domu starców, w którym urządzono im spalnię. Spać jednak nie dało, bo na korytarzu uruchomił się alarm przeciwpożarowy i nie szło go wyłączyć, a, proszę mi wierzyć, wył tak, że urywało łeb. Ja natomiast, kiedym się ogarnął, udałem się, per pedes, do hotela. Zeszło mi się dobre pół godziny spaceru. Mozę dlatego, że szedłem na bosaka, bo klapki mnie uwierały.

W przeciwieństwie do aury na zewnątrz, w hotelowym pokoju panował przyjemny chłodek. Zmieniłem jeden strój służbowy na drugi i pojechaliśmy z powrotem na scenę, tym razem w drugim wydaniu. Chodziły słuchy, że zaczniemy później bo jest spora obsuwa, ale udało się nam, psim swędem, wyjść na scenę o czasie. Przed Kultem, na małej scenie, wydurniali się Analogsi. Kazik był przez chwilę na ich występie i widocznie tak mu się spodobało, że zagraliśmy tego wieczora jeden z lepszych koncertów ever. Proszę mi wierzyć, nie pamiętam od dawna tak dobrego występu w naszym wydaniu. I nie są to bynajmniej moje, odosobnione refleksje. Nazajutrz, kolega Nizinkiewicz z Rzepy, który był na naszym koncercie, napisał mi sms, w którym potwierdził to, co napisałem powyżej, plus dodał kilka miłych słów od siebie.

Dzień koncertu w Namysłowie to nie był jednak zwykły dzień. Był to bowiem też dzień 61. urodzin marszałka seniora, o czym doskonale pamiętałem. Koledzy też pamiętali, i po koncercie, w namiocie, przy bigosie i piwie, głośne sto lat niosło się po lasach okolicy. Przed odjazdem na nocleg, poszliśmy jeszcze, ja i On, posłuchać Zielonych Żabek, którzy tego dnia kończyli festiwalowy maraton. Pożegnaliśmy się ze Smalcem spode sceny i ruszyliśmy w drogę. Pod hotelem urządziliśmy sobie mały, zespołowy bankiet. Nie trwał on zbyt długo, bo było dość późno, a wyjazd do Poznania, gdzie graliśmy trzeci koncert z rzędu, zaplanowano na 10. Położyliśmy się spać ok. 3. Tu też chciałem pobiegać z rana, ale znowu nie starczyło czasu. Buty do dżogingu przeleżały nietknięte w walizce, do samej Warszawy.

– Poznań –

Ro temu byłem z Joanną na urodzinach mecenas Maćka w Poznaniu i zatrzymaliśmy się w tym samym hotelu, w którym tego dnia nas położono. Był też i mecenas Maciek. Wpadł z życzeniami do solenizanta i z załącznikami, gdyż głupio tak z pustą ręką. Na próbę się spóźniliśmy, bo się zgubiliśmy. Mieliśmy grać w Poznaniu na lotnisku, tak jak przed miesiącem, ale nikt nam nie powiedział, że po drugiej stronie pasa startowego. Kazimierz na próbie nie śpiewał. Uważał na głos, bo od rana zaczął chrypieć i zachodziła obawa, że może być tego dnia różnie z występem. Na szczęście poszanował się umiejętnie i dotrzymał wokal do końca, choć momentami bywało chybotliwie, co oczywiście wyjawił szerszej publiczności.

Naszło się ludzi tego dnia na Ławicę, że klękajcie narody. Widok ów radował serce i umysł, gdyż było jak za starych, dobrych, przedcovidowych czasów. Wiara poznańska dokazywała a i nam się dzięki temu leciuchno grało. Po występie przyszedł na Jarka zmęczeniowy kryzys. Zasiadł na plastykowym krzesełku za sceną, podumał, obtarł gębę papierowym ręcznikiem, i dał się porwać Ryśkowi do busa bez protestów. W hotelu nawet nie udawałem zainteresowanego wieczorną zabawą i opadłem na wyro jak nieżywy. Miałem dodatkowy powód na takie dictum, gdyż z rana umówiłem się z kolegą mecenasem na oglądanie działki w okolicach Tuczna. I obejrzałem. Mecenas woził mnie po okolicy puszczy Zielonka ze 3 godziny. Tu jezioro, tam jezioro, tu rezerwat, tam arboretum. Naprawdę, dawno nie widziałem tak urokliwego miejsca, i kto wie, jak mi się tam spodoba jeszcze raz, a wybieram się ponownie na okazanie w niedzielę, może zmienię otoczenie, bo dla takiego miejsca chyba warto. Tak żeśmy się rozpędzili z mecenasem w tym zwiedzaniu okolicy, że małośmy się nie spóźnili na pociąg. Na szczęście ten też był opóźniony, a do tego zatrzymywał się w Swarzędzu, gdzie mieliśmy bliżej. Czasu starczyło na tyle, że na peronie raczyliśmy się kebabami, jak na polskich turystów przystało. Uprzedzę dalsze pytania: tak, mieliśmy plastikowe siatki, a na nogach japonki (ja) i skarpety (mecenas). Swojego dania nie dojadłem, gdyż akuratnie pociąg zmniejszył opóźnienie i dojechał do Swarzędza o czasie. Na przekór temu, co mówiła pani w budce z kebabem, że nie musimy się spieszyć, bo ten do Warszawy i tak się zawsze spóźnia. W piekle jest ponoć specjalne miejsce dla ludzi wyrzucających niedojedzone kebsy; na szczęście mnie w nim nie zastaną, bo swój posiłek zabrałem do pociągu i, jak należy, pochłonąłem na korytarzu, nie narażając współpasażerów na straty moralne. Kiedy już to zrobiłem, miałem się zabrać do pisania tego tekstu, ale na tyle mnie to wszystko obciążyło, że siedziałem tylko niczym w stuporze, patrzyłem tępo w otchłań okna i trawiłem w cichości, jak wąż swoją ofiarę…do dziś.

c.d.n.