Poznań-Wrocław-London

No i zagrałem. Policjanta. Do tego z rolą mówioną, którą naturalnie popieprzyłem, ale pan reżyser był zadowolony, że tak niesztampowo podszedłem do zadania.

Film kręcił Jo Jostberens, kolega od dokumentu o Polskich Znakach, którego poznaliśmy w połowie roku. Jo, gdy usłyszał o naszym projekcie, wszedł weń z całą mocą; to z nim jeździliśmy po wsiach na Zamojszczyźnie, z nim byliśmy u pań w Gorajcu. Finał tych peregrynacji będzie zwieńczony w filmie o tym, jak powstawał nasz „śmiertelny” materiał i jak go należy czytać. A że Jo jest człowiekiem płodnym i pomysłowym, w międzyczasie zaczął kręcić fabułę według swojego scenariusza i reżyserii, do której doprosił mnie na epizodyczną rólkę. Mój udział sprowadzał się do założenia „blachy”, wypowiedzenia formułki o zatrzymaniu i skucia prawdziwymi kajdankami aktora zawodowego, który na dodatek miał się bronić i wyrywać. Dlatego trzeba było do tej roboty kogoś z odpowiednią posturą i aparycją, z czym dyskutować nie należało, bo że się nadaję, widać nawet bez castingu. Niestety, mimo naturalnych predyspozycji, nie miałem dotychczas zbyt wiele do czynienia z kajdankami, zarówno jako zakładający jak i skuwany i to w każdym życiowym aspekcie, więc obsługa tego urządzenia nie była znowu taka łatwa, kiedy należało nałożyć je na żywo człowiekowi, który wcale tego nie chce. Poraniłem więc ząbkami bransoletek siebie i pana aktora, na szczęście nie za mocno, o co tamten nie miał do mnie pretensji. A i przy okzji scena wyszła bardziej naturalnie.

We wtorek, następnego dnia, pojechałem z samego rana do studia kolegi Mateusza Hulbója, muzyka, który współpracował m.in. z Sosnowskim, żeby, na wyraźną prośbę Oli, wdowy po Bartku, dograć puzon do utworu, którego Bart nie zdążył skończyć za życia. Wyszło bardzo dobrze a sam numer zapowiada się niezwykle obiecująco. Później wróciłem do domu, zacząłem żyć normalnym, pracowniczym życiem, żeby po 16 pojechać po Alę i zawieźć ją na śpiewy, czyli do muzycznego przedszkola. Kiedy zeń wróciliśmy, było już ciemno, więc zabawa na dworze odpadała. Przyszły sąsiadki z naprzeciwka i gdy dziewuchy bawiły się, ja pakowałem walizkę na pięć dni. Dwa w Polsce i trzy na obczyźnie.

W środę, po półtorej dnia w domu, udaliśmy się, w wigilię Święta Niepodległości, do Poznania. Bardzo lubię grać w tym czasie w Poznaniu, i zwykle, przez wszystkie, dotychczasowe trasy pomarańczowe, tak to właśnie się układało; że graliśmy w Poznaniu w okolicach 11 listopada. A lubię tam wówczas bywać, przez wzgląd na świętomarcińskie rogale. Gdybym nie wiedział, że mają tyle kalorii, jadłbym toto na potęgę. W tym roku przytrafiło się nam podwójne szczęście, bo nie dość że 10 listopada w Poznaniu, do tego jeszcze zakwaterowano nas w hotelu Mercury, przed którym jeszcze za komuny, ustawiały się po rogale kilometrowe kolejki. I tak zostało do dziś. Dzień po koncercie, gdy opuszczaliśmy hotel, na własne oczy widziałem.

Do Poznania dotarliśmy o czasie. Aura była bardzo średnia; dżdżysta, za to zimno. Graliśmy koncert na jednej z hal MTP, ale nie tej, co zwykle. Plus tego był taki, że miast krążyć uliczkami, żeby wjechać w odpowiednią bramę, jak to bywało w Poznaniu zawsze, tym razem od pokojów hotelowych i sceny dzieliło nas 10 minut spaceru. Samo miejsce, bliźniacza sala Sali Ziemi, odrobinę mniejsza, choć nieznacznie, wedle opinii pokoncertowych, nagłośnieniowo gorsza. Sam doskonale pamiętam, że z Salą Ziemi też mieliśmy niezłe przeboje, żeby zabrzmieć tam selektywnie i bez efektu łazienki, i dopiero po paru latach obcowania z nią, udało się nam osiągnąć pożądany efekt. W przypadku jej siostry-bliźniaczki, też zapewne musi upłynąć jakiś czas, żeby miejscowi organizatorzy połapali się w szczegółach tego, jak miejsce wytłumić i przygotować odpowiednio akustycznie do dużych eventów, takich jak nasz. Bo zaiste, ludzi przyszło w Poznaniu dużo. Dokładnie nie wiem ile, ale ciężko było dostrzec puste przestrzenie. W zespole moc trwała w nas, a my w niej. Grało się nam świetnie. Wszystko wychodziło. Zresztą jak na większości koncertów z tej trasy. Mam wrażenie, że muzycznie wkraczamy na kolejny poziom wtajemniczenia, i bardzo mi się ta droga podoba.

Po koncercie, urzeczony namowami kolegów, poszedłem pieszo, prosto z sali, do zaprzyjaźnionej restauracji, która nazywa się podobnie jak nasz zespół, żeby godnie zamknąć dzień. Umęczony byłem już okrutnie, ale chwilę po przekroczeniu progu Kultowej, siły witalne jakby powróciły. Zabawiłem pośród kolegów i znajomych jakieś dwie godziny i choć duch kazał zostać jeszcze dłużej i pogadać z tym i owym, rozsądek nakazywał powrót. Posłuchałem tego drugiego. Ok. 2.15 zamknąłem za sobą drzwi Ubera i poszedłem spać. W knajpie pozostawiłem pod opieką Kult-Turystów jeszcze kilku kolegów z bramki i kapeli, którzy powrócili w jednym kawałku, bo na zbiórce z rana, na wyjazd do Wrocławia, pojawił się komplet.

Droga okrutnie się dłużyła. Postanowiłem uciec w sen i nawet na trochę mi się udało. Przed wrocławskim koncertem, a tym samym, przed wylotem do Anglii, udaliśmy się jeszcze, już we Wrocławiu, do mobilnego punktów pobierania wymazów w związku z wiadomo czym, bo dwóch z nas nie zdążyło na czas ze szczepieniami. Na szczęście test był łatwy i obaj zdali go za pierwszym razem, co z kolei bardzo nas ucieszyło, gdyż oznaczało to, że prócz kontuzjowanego Morawca, będziemy w Londynie w komplecie. Być może właśnie przez wzgląd na to poszedł niepodległościowy Wrocław jak burza. Wszystko się nań zgadzało. I my. I nasze granie. I publiczność. To z kolei zapowiadało niezłe emocje w Londynie, które czuliśmy już przez skórę.

Po wrocławskim koncercie, powróciwszy do pokoju, rozprostowałem nieco zbolałe członki, umyłem się pod kranem i wyszedłem na chwilę do reprezentacji kultowo-koleżeńskiej pod nasyp, bo znowu ułożono nas nieprzyzwoicie blisko tego miejsce, więc nietaktem byłoby nie pójść. Kiedy wracałem do hotelu, a było to po jakiejś 1,5 h, Ricardo przekraczał zapewne granicę landów. Trzeba bowiem Państwu wiedzieć, że cały nasz sprzęt podróżował na Wyspy za pomocą Ryśka i jego busa, podobnie jak ma to miejsce teraz, na powrocie. 

12 listopada mieliśmy wylatywać do Londynu. Tego samego poranka zjadłem miłe śniadanie, przepakowałem walizkę oddzielając brudy od czystości i poćwiczyłem w przyhotelowej siłowni. Kiedy kończyłem trening, menadżer Wieteska przysłał nam wiadomość, że nie czuje się za dobrze i żeby nie narażać londyńskiej wyprawy, będzie pracował zdalnie. Obowiązki tour menagera powierza Janowi Zdunowi, jako najbardziej odpowiedzialnemu z klasy. Cóż było robić. Przyjęliśmy do wiadomości fakty i pokornie się do nich zastosowaliśmy. Z hotelu we Wrocławiu na wrocławskie lotnisko z którego wylatywaliśmy, odwoził nas wynajęty autokar. Przed odjazdem Janek skrupulatnie policzył pasażerów. Wydał karty pokładowe oraz dokumenty niezbędne do wjazdu na teren UK, w tym covidowe pouczenia. Podobnie postąpił w drodze powrotnej. Spisał się na medal, a że nie mogło być inaczej, wiedziałem od początku, kiedy otrzymał nominację.

Lot przebiegł bez zakłóceń. Wylądowaliśmy w Luton po niespełna dwóch i pół godzinie w powietrzu. Na miejscu nikt nawet się nie zająknął na temat testów lub ich braku. Wyjście poza terminal lotniczy otwierały automatyczne bramki, w których należało zeskanować zdjęcie paszportu, a te porównywały je ze stanem faktycznym, i zazwyczaj się otwierały. W naszej grupie nikt nie został po drugiej stronie.

Do samego city z Luton jechaliśmy minibusem z koleżanką Asią, żoną Dzikiego, organizatora londyńskiego koncertu. Po 1,5 godziny dotarliśmy na Kensington, pod numer 81, gdzie od paru lat kwaterujemy, w London House Hotel. Tak się szczęśliwie złożyło, że dzięki sprawnej organizacji, zdążyliśmy na mecz naszych chłopaków z Andorą. W tym samym czasie miejscowe chłopaki grały na Wembley, paręnaście kilometrów od nas, z Albańczykami. Wobec dylematu, który mecz wybrać, gdyż państwowa telewizja nadawała mecz brytyjskiej reprezentacji na żywo, poszliśmy o krok dalej, i oglądaliśmy, ja i On, dwa mecze na raz, w sterele; jeden na telewizorze, a drugi na laptopie, za pomocą streamu, raz po raz wymieniać fonię na angielską albo naszą. Po locie i dwóch zagranych koncertach czuliśmy potworne zmęczenie. Na tyle duże, że nie chciało się nam nawet iść na kolację do Libańczyka, u którego zawsze się stołowaliśmy, nie mówiąc już o odwiedzinach pubu. Gdy ostatnie gwizdki rozbrzmiały w Andorze i w Londynie, pogasiliśmy odbiorniki i poszliśmy spać. I spaliśmy długo, bo w Anglii dostaliśmy wszak godzinę snu extra.

Nazajutrz, w dniu koncertu, po ablucjach i śniadaniu, wyszliśmy na zewnętrze rozprostować kości i kupić coś do picia, bo jeść akurat się nam nie chciało. Ja koniecznie chciałem odnaleźć pewien sklep z konfekcją, który odwiedziłem dwa lata temu, a że świat się zmienia, zmieniła się i nieco ulica na której sklep ów był posadowiony. Tzn. ulica jako taka zachowała swój charakter, ale już bez mojego, ulubionego sklepu. Jest tam dziś chyba chińska knajpa. Podobnie pub na rogu, do którego uczęszczaliśmy z Zacierem i Yrym parę lat temu, straszy zamalowanymi na biało oknami. Dziura ziejąca z ziemi, na którą mieliśmy widok z hotelowego okna, powoli zapełnia się nowymi ścianami i piętrami. Chłopcy w sobotę zaczęli szychtę o ósmej, a że położyliśmy się wcześniej, nie mieliśmy im tego bardzo za złe. Z braku lepszego pomysłu na życie, postanowiliśmy pójść posiedzieć trochę do Hyde Parku, bo bytować w ciasnym pokoiku, zwłaszcza gdy na zewnątrz prawie nie padało, byłoby niedorzecznością. Po drodze kupiliśmy picie i jedzenie, bo od tego łażenia, głód zaczął nam zaglądać do trzewi. Nie chcieliśmy rozsiadać się na głównej alejce; lud wypełzł tego dnia, jak i my, do parku, na potęgę. Poszliśmy boczną dróżką, w stronę, stawu; tam dostrzegliśmy wolne miejsca. Po chwili miało się okazać, dlaczego. Przy brzegu, spacerowiczów otaczał rój wodnego ptactwa: małego, średniego i całkiem dużego. Mewy, rybitwy, gęsi, łyski, wielgachne, białe łabędzie i jeszcze cała chmara innych piurowatych łaziła za przechodniami i gęgała, syczała, gdakała, generalnie, robiła sporo szumu. Przedarliśmy się przez tę dzicz i usiedliśmy spokojnie na ławce. Na początku nie dawaliśmy poznać, że mamy jakiekolwiek jedzenie, bo najmniejszy szelest papierka zwabiłby całe towarzystwo do nas. Co i rusz podpływały do nas, jak łodzie patrolowe, wielkie, tłuste łabędzie i obczajały przez dobrych dziesięć sekund, czy nie da się nas z czegoś oskubać. Dosłownie. Obok pojawiał się, jak diabł z pudełka, brzydki ptaszor z żółtym dziobem i takim samym okiem, którym łypał złowrogo. Malutkimi kęsami, żeby nie wzbudzić podejrzeń, zaczęliśmy konsumować swoje drugie śniadanie wicemistrzów ds. walki z brodzącą zwierzyną.

Daję Państwu słowo, nie pamiętam aż tak długiej kolejki do klubu Forum, a gram w nim prawie co roku, od lat kilkunastu, jak w minioną sobotę. Zapewne wiązało się to po części z covidowymi obostrzeniami. Sprawdzano bowiem na bramkach covid passy i to generowało ten cały, niepotrzebny kociokwik. W Anglii przepisy są dość surowe, podobnie jak u nas. Trzeba nosić maski, zachowywać dystans, mieć ważne testy, jeśli ktoś jest niezaszczepiony. W praktyce jednak wygląda to podobnie jak w Polsce, a nawet bardziej lajtowo. Maski w sklepach nosi jakieś 30 proc. klientów łącznie z obsługą. Nikt nie patrzy na nikogo krzywo, jeśli wchodzi do pomieszczenia niezamaskowany. U nas pod tym względem proporcje są jednak odwrotne. Na ulicach można spotkać ludzi w maskach, ale są to głównie Azjaci, którzy nawet przed covidem chodzili w nich po Londynie. W pubie czy restauracji nikt nie sprawdza covidowych apek czy paszportów. Nie wiem, jak jest w metrze, bo nie jeździłem, ale podejrzewam, że podobnie. Na lotnisku większość chodzi w maskach, ale dla tych, którzy wybierają twarz bez ubrania, nie spadają żadne konsekwencje ani ostracyzm. Żyje się więc względnie normalnie.

Koncert nasz, choć z gatunku tych bardziej niż udanych, wyglądał także dość normalnie, w porównaniu do poprzednich lat. Wyprzedał się całkowicie, co bardzo cieszyło. Rozpoczął się obiadem w garderobie, na który składały się specjały tajskiej kuchni. Potem próba, obowiązkowa drzemka, spacer regeneracyjny na Camden z dawno niewidzianym kolegą i powrót do klubu. Kawa, druga kawa, ciastko i występ suportu. W tym roku na deskach Forum zagrała grupa wybitnie międzynarodowa, której wokalistką miała być prawnuczka Witkacego. Piszę miała, ponieważ po występie odkryliśmy, że Witkacy nie miał dzieci ani rodzeństwa, więc do tej pory nie rozwikłaliśmy jej powinowactwa, w które oczywiście ani przez sekundę nie zwątpiliśmy. W każdym razie, pani wokalistka, prócz wybitnych antenatów, posiada również kawał głosu, czemu dała dowód w sobotę, chwilę przed naszym reczitalem. A my? Po Spodku, a może nawet i przed, tegoroczny, londyński koncert wszedł na pudło tych najlepszych. Koncerty dla Polonii maja w sobie taki dziki czad, który uwalnia się w zasadzie od pierwszego numeru i odpowiednio przez nas podsycany, wylewa się przez cały koncert, tak, jakby ktoś co chwilę wrzucał mentosy do butelki z coca-colą. Wszystko buzuje, wybucha, wypływa, przelewa się-tak ludzie, emocje jak i nasza muzyka. Jest to oczywiście bardzo miłe, ale wyzuwa człowieka z energii dwa razy szybciej i mocniej. Nie dziwota zatem, że po krótkim afterze i sprawnym powrocie do hotelu, spaliśmy dziś twardo. A po śniadaniu, na które poszliśmy z rozsądku, spaliśmy dalej i niczego się nam nie chciało, poza leżeniem. I to w zasadzie wszystkim muzykantom. Sam wyszedłem z nory na godzinę przed odjazdem, kupić coś do jedzenia i picia, żeby dłużej nie wtapiać się w tapczan, choć po prawdzie gdybym mógł, to bym to zrobił. Drogę z Kensington na lotnisko Stansted (ok.1,20 h) też w większości przespałem.

Za paręnaście minut lądujemy w Modlinie. Czas oczekiwania na lot i sam lot zajęło mi pisanie, m.in. tego tekstu. Do Modlina zwykle przyjeżdżał po nas Ricardo, ale tym razem nie zdąży, bo sam jest jeszcze w drodze z naszymi gratami, gdyż zabrał się busem zaraz po załadunku, hen z powrotem, do starego kraju. Ma być więc kto inny. Wylądujemy chwilę po 22. Odbiór bagażu, paszporty, covid pasy. Trochę to wszystko potrwa. Niby męczące to całe jeżdżenie i koncertowanie; latanie, przemieszczanie się, ale dajmy spokój, niejeden i niejedna zamieniliby się z miejsca na taką męczarnię. Na szczęście w tym tygodniu będzie można odsapnąć chwilę dłużej. Ale nie za długo. Zwłaszcza że po Łodzi gramy z PZ suporty przed Lao Che. Wolę dziesięć razy bardziej tak, niż tak, jak było rok temu o tej porze, kiedy nie wiedziałem, czy kiedykolwiek jeszcze wrócimy do grania. Każą zapinać pasy i wyłączać elektronikę. Słyszymy i widzimy się niebawem…

Toruń, Łódź, Warszawa x 3, Spodek i Rzeszuff i trochę Polskich

W niedzielę wróciliśmy z Gdańska; przez całą drogę czułem się dobrze. Na wszelki wypadek zaszedłem do szpitala po test na wiadomo co. W domowym zaciszu wykonała mi go moja rodzinna pani doktor, no i wyszło, że jest dobrze. Tzn. niedobrze, ale nie najgorzej. Ale samopoczucie wcale się dzięki temu nie poprawiło.

Przez całą niedzielę, poniedziałek i wtorek zdychałem. W środę, w swoje własne urodziny, zdychałem już mniej, ale nadal czułem się słabiutki i wiotki jak brzozowa witka. Dałem sobie jednak czas do czwartku, do rana, żeby zobaczyć, w którą stronę to wszystko pójdzie. Noc ze środy na czwartek przespałem spokojnie i bez wybudzeń delirycznych dreszczy, jak to było w zwyczaju przez ostatnie dni. Czwartkowy poranek przywitał mnie słońcem i względnie dobrym samopoczuciem. Nie pojawiła się gorączka, obecna wcześniej zaraz po przebudzeniu. Pojawił się za to apetyt, z rana zwłaszcza, widywany dotychczas z rzadka. Postanowiłem, że wobec takiego obrotu spraw znajdę w sobie dość siły, żeby zagrać toruński koncert, a o dwóch warszawskich i Łodzi pomyśli się jutro.

Do Torunia pojechaliśmy późno, bo w związku z występami w Warszawie następnego dnia, nie nocowaliśmy w hotelu (w większości), tylko od razu po sztuce ruszyliśmy w drogę powrotną. Tegoroczny koncert pomarańczowej trasy w wydaniu toruńskim zagraliśmy po raz pierwszy…na siedząco. Tzn. my staliśmy ale publiczność miała już siedzieć, ponieważ organizatorzy podjęli decyzję, że przy rygorystycznych obostrzeniach covidowych, pojemność studenckiej OdNovy nie zapewniała opłacalności ekonomicznej przedsięwzięcia, w związku z czym koncert przeniesiono 100 metrów dalej, do Auli UMK, w której przed oddaniem do użytku CK Jordanki, grywaliśmy koncerty bezprądowe. Spora część fanów narzekała w mediach społecznościowych, że co to w ogóle za pomysł, organizować koncert na siedzaka, ale my zdecydowaliśmy, jeszcze w wakacje, że musimy grać tak, jak przeciwnik pozwala, bo może się okazać z dnia na dzień, że nie pozwoli nam na nic i zostaniemy uziemieni na dobre. Kiedy więc kierownictwo wystosowało zapytanie, czy w Toruniu zgodzimy się zagrać koncert prądowy w bezprądowym anturażu, większość z nas pozytywnie odpowiedziała na ten apel, choć żaden z nas nie zrobił tego z pełnym przekonaniem. Jak się miało okazać, obawy nasze były zupełnie bezpodstawne, bo publiczność bawiła się tego dnia jak na normalnej sali. Niektórym klimat spodobał się do tego stopnia, że trzeba było naprawdę dużo silnej woli, aby nerwowo wytrzymać nieporadne próby tańca co niektórych przed sceną, wieńczone co i rusz kolejnymi glebami, bo nie było barierek, a tym samym i naszej ochrony, żeby można się było czegoś lub kogoś złapać, kiedy grawitacja zbyt mocno przyprze.

Po koncercie szybko zawinęliśmy się do busa. Zrobiliśmy jedną przerwę na uzupełnienie płynów i późną kolację na stacji benzynowej, chwilę za Toruniem. A potem posnęliśmy jak dzieci i dopiero pod szlabanem Proximy Rysiek jął nas dobudzać. W międzyczasie okazało się, że kolega Mariusz zapomniał złożyć instrumenty po występie, a że ujechaliśmy już kawałek od auli UMK, poskładał je za niego…Kazik. W końcu kiedyś już to robił, więc był najbardziej naturalnym kandydatem do tej roboty. W domu byłem ok. 2-3 w nocy. Z rana spionizowałem się żeby odprowadzić małą Alę do przedszkola. Później miałem zamiar wrócić i odespać jeszcze parę godzin, ale na zamiarach się skończyło. Snułem się jak cień po mieszkaniu; czepiałem się jakichś rozgrzebanych zadań i po 15.30 pojechałem na próbę do Stodoły. Próbę i obiad, bo to nie bez znaczenia, że nawet gdy gramy w Warszawie, przed próbą konsumujemy zbiorowo w garderobie. Bardzo lubię te nasze wspólne, stodolane posiłki. Po pierwsze dlatego, że jemy w cywilizowanych warunkach; przy stole, a nie w kucki, normalnymi sztućcami a nie plastikiem ze styropianu. A po wtóre, bo jest wtedy jedna z nielicznych okazji, żeby swobodnie pogadać, każdy z każdym, bez gonienia w piętkę z czasem.

Pierwsza Stodoła była jednym z lepszych koncertów tej trasy, pomimo tego, że nie czułem się jeszcze do końca sobą i trochę słabowałem. W połowie sztuki zażyłem pigułkę, co to szczęśliwie rozgoniła ból głowy i ogólne zmęczenie i jechałem do końca na wysokich obrotach, choć spociłem się okrutnie i co chwila musiałem ocierać mokrą głowę kaszkietem. Ale warto było. Pomimo tego, że na scenie robiło się momentami bardzo, bardzo głośno, graliśmy jak w jakimś transie, nawet na przekór szwankującemu zdrowiu, i nie mam na myśli tylko siebie. Dodać należy, że tego dnia, w fosie, razem z kolegami z bramki zadebiutował red. Mazurek, ale chyba do końca się nie byłą jego bajka, bo wrócił do radia i na drugą Stodołę już się nie pojawił. Po występie, gdy ogarnąłem trochę swoje zbolałe członki, zabrałem do auta państwa Gumów i brata Wojtka. Gumę z małżonką odstawiłem na Nowolipkach, a z Wojciechem udaliśmy się do domu. Nazajutrz, pojechaliśmy całą rodziną do Kampinosu, skorzystać z ostatnich tchnień ładnej pogody. Spacerowaliśmy tak dobre 2-3 godziny, wracając do domu ok. 14. Tym sposobem dzień nam uciekł nie wiadomo kiedy. Chwilę później odstawiłem Wojtka na dworzec, a sam pojechałem do klubu, na drugi reczital. I zagrałem go tak samo mocno i soczyście jak pierwszy, choć tego dnia nie czułem aż takiej energii w trzewiach. Zdania oczywiście, jak to u nas, podzieliły się mniej więcej po połowie, o ile 9 jest liczbą idealną do dzielenia na pół, zwłaszcza jeśli rozchodzi się o żywe osobniki. Część kolegów twierdziła, że sobotnia Warszawa była lepsza, część że piątkowa, a ja uważam i uważałem, że obie były równie udane, jeno w piątek wyjątkowo dobrze ułożyła się koledze Ireneo setlista, i to właśnie zasiliło dodatkową końcówkę mocy. I o ile sobota była w moim wykonaniu męcząca, o tyle niedziela zapowiadała mi się mordercza.

Z rana umówieni byliśmy z Radkiem Łukasiewiczem w TVN-ie w związku z promocją najnowszego, funeralnego projektu pod nazwą „Polskie Znaki”. Potem jechaliśmy do Proximy, gdzie graliśmy kilkugodzinną próbę w pełnym składzie, ze smyczkami i różnymi wokalistami, przed koncertem premierowym PZ, zaplanowanym na poniedziałek, 1 listopada. Po próbie wsiadaliśmy z Janem Zdunem do auta, ja powoziłem, i jechaliśmy do Łodzi, na koncert grupy na K., która tego dnia występowała w mieście wyjątkowo wcześnie, bo o 18.30. I wiecie Państwo co? Wszystko to, co zaplanowałem, wykonałem i na dodatek z bardzo dobrym efektem. Nawet łódzki koncert zagraliśmy wyśmienicie, przy niewielkim wsparciu przyjaciół, bo tego dnia to było mi dość potrzebne. Nie obyło się jednak bez strat. W drodze do Łodzi, w busie, Piotrek Morawiec poczuł się źle. A jeśli Morwa mówi, że czuje się źle, to musi być naprawdę nieciekawie, bo na byle co ten typ się nie uskarża. Na swoją wyraźną prośbę, a za zgodą reszty uczestników wycieczki i kierownictwa, odtransportowano go do domu, pod opiekę najbliższych. I nie pytajcie mnie, co mu jest, lub co było, bo nie moja, ani twoja to sprawa niewiasto. Grunt, że Morwa czuje się już lepiej, ale dla swojego zdrowia i naszego świętego spokoju, pozostaje w domu i nabiera sił, bo tych nadal mu potrzeba, żeby wrócić na scenę. Od tamtego momentu gramy bez jednej gitary. Z Łodzi wróciliśmy na noc. Jechałem sprawnie, do tego stopnia, że po 23 byłem w domu, uprzednio odwożąc Jeżyka, który zabrał się ze mną i z Janem na pokład.

Poniedziałek, dzień Wszystkich Świętych, miał zwieńczyć ten szalony wyścig z czasem premierowym reczitalem. W nowo otwartej przestrzeni Fabryki Norblina, zagrać mieliśmy z Polskimi Znakami pierwszy koncert, do którego dość długo się przygotowywaliśmy. Nie pamiętam od dawna, żebym stresował się tak przed wejściem na scenę. Oczywiście, nie był to jakiś dojmujący, paraliżujący stres, ale dawno już nie czułem się przed debiutem, tak jak wtedy. Koncert PZ był częścią festiwalu Rzeczy Ostatnie, który wziął nazwę i swój początek od naszej płyty, pod tym samym tytułem, z którą wystartujemy na początku przyszłego roku. Album ów to 10 kompozycji; polskich pieśni pogrzebowych, z czego 9 śpiewanych jest przez 8 różnych wokalistów. Na ten dzień udało się nam zgromadzić większość z nich. Był Michał Szpak, Vito, Matylda Damięcka, Kaśka Sobczyk. Jeden numer śpiewał Radek. W zastępstwie za oryginalny, zagraniczny głos który jest na płycie, a nazwiska którego zdradzić nie mogę, zaśpiewał młody kolega Mikołaj (Meek-Oh-Why), raper i świetny trębacz. Utwór śpiewany na płycie oryginalnie przez Sanah, nieobecną tego wieczoru, wykonała Matylda. Jednego wokalisty zabrakło nam na dłużej. Na początku września zmarł nagle Bart Sosnowski. Tydzień wcześniej widzieliśmy się z nim, na planie teledysku do drugiej części tryptyku, śpiewanej przez Michała Szpaka. Gadaliśmy, paliliśmy papierosy, dowcipkowaliśmy. A tydzień później graliśmy z Jankiem na trąbach na jego pogrzebie. Kiedy trochę ochłonęliśmy po tej stracie, uznaliśmy zgodnie, że nie będziemy zatrudniać do jego partii nikogo innego, tylko zawsze już, będziemy odtwarzać ją z taśmy, żeby głos Bartka i on sam był pamiętany.

Do Fabryki Norblina zeszło się 1 listopada około stu osób. Bilety na cały festiwal sprzedawały się raczej średnio. W Polsce wciąż jeszcze nie ma zwyczaju, żeby w Zaduszki robić coś innego niż grobbing i siedzenie w domu. Inna sprawa, że sporo osób wyjeżdża na ten czas z Warszawy, co zupełnie zrozumiałe, odwiedzić cmentarze i swoich bliskich tamże, spotkać się z rodziną. Tak czy inaczej, koncert zagraliśmy w Norblinie wybitny. I nie ma w tym cienia przesady, bo z kim byśmy nie rozmawiali, wszyscy podkreślali doniosłość tego wydarzenia i świetne wykonanie. Zaprosiliśmy w końcu do współpracy naprawdę uznane marki, a i co tu się krygować, sami też nie wypadliśmy sroce spod ogona i grać potrafimy. Kto nie miał okazji zobaczyć nas tego dnia w Fabryce Norblina, może, albo i nie, bo nie wiem czy bilety są jeszcze w sprzedaży, próbować dostać się 20 i 21 listopada na koncert Lao Che do Stodoły, gdzie zagramy jako suport.

Wróciłem z koncertu razem z moimi paniami. Mała Ala była zachwycona, że w końcu udało się jej poznać Vito, bo bardzo go lubi, zwłaszcza w duecie z Sanah, lub raczej-z Zuzią, bo tak każe o niej mówić. Napiłem się trochę wina, gdyż w bankiecie pokoncertowym uczestniczyłem „na sucho” i poszedłem spać. Banalnie i bez fajerwerków.

Kilka dni wolnego spędziłem w domu na załatwianiu sprawunków. Nim się spostrzegłem, nastała kolejna, trzecia już do zagrania Warszawa. Bardzo dziwnie grało się bez Morawca. Ale się grało. A ludzie się bawili i to nawet dość dobrze. Z Warszawami mam tak, że jeśli żadna nie odstaje od siebie poziomem, albo nie było na żadnej z nich spektakularnej wygleby, zlewają się mi one w jeden, długi koncert, przedzielony posiłkami na zapleczu. Ten sam parking, scena, potem powrót do domu, z Gumą, którego zostawiam na przystanku. Tego wieczora wróciłem na kwadrat po 23. Odprawiłem za pomocą Ubera panią Olesię, która opiekowała się Alą. Stodolane, prześmierdnięte ciuchy, władowałem do pralki i zanim dokonałem ablucji, Ala wstała i władowała mi się do wyra, pod nieobecność rodzica. Z rana oporządziłem odrobinę mieszkanie, naszykowałem śniadanie, a o 10, kiedy Olesia przyszła na poranną zmianę, wsiadłem do auta i pojechałem na zbiórkę busa, do Proxy. Jechaliśmy tego dnia do Spodka.

O koncertach spodkowych pisać można elaboraty. Były w naszym wykonaniu tamże reczitale magiczne. Były też takie, o których należałoby szybko zapomnieć. Tych drugich było na szczęście niewiele. A tym pierwszy przybył po zeszłotygodniowym występie kolejny do kolekcji. Zagraliśmy naprawdę świetny koncert. Tego dnia słuchało nas ponad 5 tysięcy ludzi. Na płytę, w dniu koncertu, bilety się skończyły. Sprzedawano wyjściówki wyłącznie na sektory. Poczułem się jak za starych, przedcovidowych czasów, kiedy notowaliśmy w Spodku frekwencyjne rekordy. W tym roku nasz występ miał dodatkowy wymiar. Kult-Turyści obchodzili tego dnia 10-lecie swojego istnienia, o czym informował wykonany na tę okoliczność, specjalny baner, zaprezentowany na sennie pod koniec występu. Jako reprezentant grupy i jednocześnie członek Kult Ochrony, Krew Boga zaśpiewał w Spodku Pan Pancerny, prywatnie Adam z Tomaszowa. Ale Mazowieckiego.

Tradycją spodkowych występów są też imprezy w przyspodkowym hotelu, w którym miejsca rezerwowane są przez uczestników biesiady i koncertu na rok do przodu. No, może pół roku. Nie inaczej było i teraz. Wiksa trwała do wczesnych godzin porannych, a ostatni gracze schodzili z pola boju, kiedy rozpoczynano wydawanie śniadań w sali obok, w związku z remontem restauracji.  Może dlatego wokalista nasz stwierdził wówczas, że po Spodku nie powinno być już żadnego koncertu, jeno zasłużona przerwa. Kalendarz jednak nie jest z gumy i grać należy bez względu na okoliczności, wszędzie tam, gdzie nas chcą. A chcieli nas w niedzielę, pod Spodku, w Rzeszowie.

Dzień był zimny, za to deszczowy, co potęgowało dodatkowo uczucie doła i depry na wciąż. Dojechaliśmy do klubu Pod palmą, w którym nie było nas od przeszło dekady, późnym popołudniem. Podjęto nas tam fantastycznym obiadem regeneracyjnym, tak potrzebnym każdemu tego dnia. Oczywiście jednym bardziej niż innym. Być może właśnie ten fakt spowodował, że koncert w Rzeszowie zaczął się cokolwiek dziwnie i niemrawo, a czemu, to już proszę zapytać uczestników. W każdym razie, od trzeciego kawałka zaczęło to wszystko mieć ręce i nogi, ale zdaję sobie sprawę, że niesmak mógł u niektórych pozostać, choć, tak jak wspominam rzeszowską zabawę Pod Palmą, to niczego jej specjalnie nie brakowało, a rzekłbym nawet, że momentami była naprawdę wyborna. Po takim a nie innym początku, nastąpił po niespełna trzech godzinach koniec występu i zwinęliśmy teatrzyk. W garderobie, posililiśmy się fantastycznymi pierogami z masłem i odrobiną singelmalta od Majoneza, po czym udaliśmy się na spoczynek.

Do Warszawy ruszyliśmy z samego rana, chwilę po ósmej. Niestety, z powodu zaspania nie zdążyłem na śniadanie, a co za tym idzie, nie zdążyłem wychłeptać kacowego żurku, który na Podkarpaciu, tradycyjnie podaje się do porannego posiłku. A szkoda, bo nawet miałem trochę kaca. Na szczęście zdążyłem go przespać w busie. Musiałem zresztą to zrobić, bo tego samego dnia jechałem na plan. Tak jest. Filmowy! Tym sposobem dołożyłem do swoich profesji, zawód aktora-amatora, ale o tym już w następnym odcinku…

Trasa pomarańczowa 2021: Koszalin-Grudziądz-Gdynia

Dziwny to był czas z międzylądowaniem po Norwegii w Warszawie. Dużo się działo i dzieje nadal, a sytuacja jest wciąż dynamiczna, acz stabilna.

Po powrocie z Norwegii daliśmy sobie kilka dni na lizanie ran i umówiliśmy się na dwa dni prób, żeby poduczyć nowych kolegów (i siebie też) starych, dawno niegranych kawałków. Uprzednio przygotowaliśmy listę do wyuczenia, do której każdy dorzucił kilka swoich propozycji. Zebrało się tego kilkadziesiąt piosenek. Z dwóch dni ostatecznie uchował się jeden. Tak jak można było przewidzieć, w jeden dzień nie zdołaliśmy wszystkiego przerobić. Ustawiliśmy się więc na rozczytanie reszty po powrocie z Koszalina, a przed Grudziądzem.

Do Koszalina ruszyliśmy w sobotę, o 9 rano. Do Koszalina, podobnie jak do Słupska, jedzie się bardzo długo. I rzeczywiście, jechaliśmy pół dnia. Przed wyjazdem miałem cichą nadzieję, że posadowią nas w Mielenku, w pensjonacie nad samym morzem, w którym zwykle nocowaliśmy, gdy graliśmy w Koszalinie, ale niestety, nie tym razem. A miałem sporą nadzieję, na morsowanie w morzu i otwarcie nowego sezonu grzewczego na plaży.

Do hotelu zajechaliśmy zrzucić graty i dalej, na obiad i próbę, a później to już nie opłacało się wracać, więc zostaliśmy w klubie. Czas dłużył się nam niemiłosiernie a dookoła znikąd zmiłowania; ziminica okrutna a do tego wieje, a jak wiadomo, wiatr jest najgorszy.

Sam koncert poszedł bardzo sprawnie. Było kilka zmian w repertuarze, w porównaniu do przygotowanego przez Ireneo seta właściwego, z korzyścią dla całości występu, który dzięki temu uniknął niepotrzebnych dłużyzn. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem nie było go widać, ale chwilę po, za scenę wtargnął z grupą towarzyską sam Dr Yry, który od jakiegoś czasu mieszka w bezpośrednim sąsiedztwie Koszalina, tj. w Połczyn-Zdroju. Z tym gwizdkiem to akurat trafione porównanie, bo tego samego dnia Yry dzielnie dopingował na trybunach kopaczy miejscowej Pogoni.

Set zakończyły tradycyjne już, zmieniane co koncert bisy, plus zbiorowy ukłon w stronę szczelnie wypełniającej tego wieczoru klub, publiczności. Na odchodne, rzutem na taśmę zdążyliśmy zajechać jeszcze na stację po coś do picia i jedzenia, ale nie robiliśmy żadnych zbiorowych hulanek, jedynie mini zabawy w podgrupach. Tak nam się dobrze, mi i Jemu, gadało po koncercie, że zmitrężyliśmy na rozmowy o niczym chyba ze dwie godziny, i z rozsądku poszliśmy spać, bo gadać mogliśmy i do rana, ale po co.

Nazajutrz wyjechaliśmy po 9, ale droga i tak wlokła się niemiłosiernie. Do tego wszystkiego w samej Warszawie napatoczyliśmy się na mecz Legii z Lechem, co dodatkowo spowolniło nasz marsz ku Proximie.

W kolejny czwartek, przed wyjazdem do Grudziądza i Gdyni, umówiliśmy się na próbę, żeby doszlifować repertuar. Padało tego dnia niemiłosiernie i od rana cos nietęgo się czułem. Po próbie wróciłem do pustego domu, bo obie panie bawiły na wyjeździe, wlazłem pod pierzynę i zasnąłem. Gorączki nie miałem, ale targały mną straszne dreszcze. Nałykałem się tabletek, popiłem herbatą i tak jakoś przewegetowałem do rana. Na szczęście wyjazd do Grudziądza zarządzono na 10.30, więc była szansa na dobry sen i względną regenerację. Do busa wsiadłem wyraźny i żywy; podobnie rzecz miała się przed koncertem, ale już po, coś zaczęło mnie rozbierać. Adrenalina koncertowa zagłuszyła skutecznie słaby stan zdrowia. A było czym zagłuszać. Parę lat temu, kiedy graliśmy Pomarańczową Trasę w Grudziądzu, na tej samej sali, ziąb był tak dojmujący, że butelka wody, którą ochrona rozdawała ongiś spragnionym, kiedy nikt nie myślał jeszcze o covidzie, wróciła do naszych chłopaków upita do połowy. Nikomu w głowie nie były harce. A i ludzi było wówczas dosyć chędogo. W tym roku-totalna odmiana. Wody co prawda nie wydawaliśmy, bo nie wolno, ale publiczność bawiła się jak szerszenie w bańce; wibrowała, latała nad głowami, niektórym emocje tak dały się we znaki, że interweniować musiała bramka, żeby schłodzić co bardziej gorące głowy. Dzięki temu i nam koncert bardzo szybko przeleciał. Z finałowym wyłączeniem światła tuż przed bisami. I nie, nie była to zorganizowana akcja. Na szczęście prąd powrócił po minucie, dwóch i dokończyliśmy występ jak należy, znaczy się, dobrze.

Z racji tego, że na Grudziądz zjechała się liczna grupa Kult-Turystyczna, od wczesnego popołudnia zapraszano się i nas na pokoncertowe aftery, a to w tym, a to w innym pokoju. Część z kolegów skorzystała, na szczęście z rana na zbiórkę wszyscy stawili się w komplecie, może nie do końca punktualnie, ale nie było strat w ludziach. Jeszcze.

Mnie nie w głowie były balangi. Po przyjeździe do hotelu zacząłem się coraz gorzej czuć. Przypętała się gorączka. Z rana wciąż u mnie była. Postanowiłem ją przegonić…skakaniem na skakance. Tę zawsze zabieram ze sobą w trasę. I udało się. Spociłem się jak mysz, ale zbiłem temperaturę do bezpiecznej, pokojowej. Żeby jednak pójść za ciosem, po śniadaniu zaordynowałem Jerzykowi, żeby postawił mi bańki. Tak jest, te też zabrałem ze sobą z domu. Chciałem nawet sam je sobie postawić wieczór wcześniej, ale sięgnąłem niewiele ponad prawy i lewy bark. Niżej nie chciało złapać. Stawianie baniek, moja kształcona medycznie małżonka uważa za średniowieczny zabobon, ale ja tam swoje wiem. Z niejednego bańki wyciągnęły choróbsko. Ireneusz zabrał się do dzieła jak prawdziwy felczer, choć początkowo się opierał, i uważał że to obrzydliwe. Na szczęście kiedy wytłumaczyłem mu, że niczego nie będzie musiał podgrzewać ani podpalać, jeno specjalną pompką zasysać do skóry pleców, dał zgodę, choć nie bez oporów. Poleżałem z bańkami na plecach przepisowe 20 minut. Nawet trochę lepiej się poczułem. Ale w Gdyni, po próbie, znowu dopadał mnie podwyższona temperatura. Łyknąłem co miałem do łyknięcia, położyłem się do wyra i do koncertu spałem dwie godziny snem mocnym jak kamień. Widok z okna mieliśmy bajeczny i w normalnych okolicznościach łaziłbym wtedy po plaży, ale tego dnia nie miałem sił na nic. Sen ueber alles. Może właśnie dzięki temu obudziłem się zregenerowany i gotowy do działania. Dzięki temu, i ma się rozumieć, bańkoterapii, zagrałem jeden z lepszych koncertów tej trasy, w gdyńskiej hali, która podobnie jak trójmiejska publiczność, nigdy nie zawodzi. Zresztą, podobnie jak my…

Norge Orange

Tegoroczną trasę pomarańczową zaczęliśmy na obczyźnie-w Norwegii. Od dwóch albo trzech lat norweskie plany chodziły za nami, ale albo byliśmy za słabi na Norwegów, albo korona za mocna, albo Polonia za biedna, albo wreszcie przyszła prawdziwa, mocna korona i zamiotła wszystkie pomniejsze. Ale w tym roku jednak się udało.

Miesiąc czekaliśmy na pierwszy koncert od ostatnich występów podwarszawskich w Brwinowie, no i doczekaliśmy się. Do tego w niezmienionym składzie i bez chorób zakaźnych. Niektórzy musieli nawet wykonać specjalne testy, żeby dostać się za granicę, bo albo nie zdążyli się w porę zaszczepić, albo nie wierzą w skuteczność szczepień jako takich. Jak się miało później okazać, większość pieniędzy na testy covidowe miała być tymi wyrzuconymi w błoto, ponieważ akurat wszystkich szczęśliwców bez paszportów na zarazę nie sprawdzano na norweskim lotnisku na żadną okoliczność, łącznie z dowodem osobistym. Zresztą, w Norwegii bardzo poluźniono ostatnimi czasy covidowe restrykcje. Maski trzeba nosić w zasadzie tylko w portach lotniczych i morskich. W sklepach, hotelach, restauracjach, miejscach użyteczności publicznej, maski nie są wymagane. Życie ludzi toczy się względnie normalnym rytmem, bez covidowych brewerii. W knajpach jedynie, rzadko gdzie chcą przyjmować gotówkę, tłumacząc to obostrzeniami względem koronawirusa. W niektórych barach barmani nie mieli nawet kas z żywym pieniądzem, tylko same terminale płatnicze. Na szczęście w barach nie przesiadywaliśmy za często, bo wizyty tamże bolały bardzo. Piwo (0,4 ml) jasne kosztowało coś ok. 45-50 zł, w zależności od lokalizacji. Tyle wystarczyło, żeby nas skutecznie wystraszyć.

Dolecieliśmy pod Oslo o czasie. Pod, bo lądowaliśmy sto kilkadziesiąt kilometrów od miasta. W samolocie dwie godziny lotu spędziłem na lekturze biografii Rakowskiego. Spod lotniska zabrał nas bus z polskimi kierowcami, ale za to na norweskich blachach. Jechaliśmy ponad 1,5 godziny, w zasadzie bez przerw. Zakwaterowano nas w jednym z większych budynków w mieście. Do tego wylądowaliśmy na 12 piętrze, co miało nas wkrótce, sporo kosztować. Po rozlokowaniu i wypakowaniu klamotów po półkach i szafkach, bo w końcu przyszło nam spędzić tam ponad trzy dni, postanowiliśmy wyjść wieczorową porą na miasto, żeby nie gnuśnieć w pokoju. Zabraliśmy ze sobą na nocną przechadzkę, ja i On, Konrada, bo też był chętny rozprostować kości i w takim gronie ruszyliśmy w nieznane.

Konrada, bo wykazywał oznaki głodu, zawlekliśmy do kebabowej budki, gdzie zjadł, tzn. niedojadł, miejscowej garmażerki. Nas akuratnie głód nie ścisnął, więc nie doświadczyliśmy dobroci norweskiej ziemi w wydaniu hallal, ale Konrad i jego miny mówili całymi sobą, że niewiele straciliśmy. Przed wylotem do Norwegii, mój sąsiad z piętra niżej, Tommy, Irlandczyk, który sporo jeździ po świecie, kazał mi w Oslo odwiedzić budynek opery, bo, jak twierdził, robi niesamowite wrażenie. I rzeczywiście-zrobił. Genialna, futurystyczna bryła, nagradzana na konkursach architektonicznych, to wielka konstrukcja zbudowana z włoskiego marmuru; wcina się mocnym klinem w fiord i idzie ostro ku górze; można nań wejść, a później się wdrapać-na sam szczyt i chodzić po stropie, kiedy pod nogami orkiestra stroi instrumenty, daje znak i zaraz zacznie.

Wieczorowym spacerem zwiedziliśmy, co było do zwiedzenia. Budynek opery to już pisałem, jak obowiązkowy punkt programu; wcześniej byliśmy na jednej z głównych ulic miasta; obok stało gotyckie gmaszysko katedry, nieopodal budynek parlamentu, pałac królewski i królewskie ogrody. Złaziliśmy tak ze 2 godziny. W drodze powrotnej, przy wejściu do metra, czarnoskóra młodzież oferowała nam na sprzedaż miękkie narkotyki, ale nie w głowie nam były jointy. Woleliśmy pójść na piwo. Najpierw zaszliśmy do pobliskiego pubu Radio. Na jedno. A że chciało nam się pić, to szybko je wychłeptaliśmy. Zbliżała się 23. Rzutem na taśmę wdarliśmy się do supermarketu po cle i słone paluszki na wieczór. Żeby dobrze zamknąć wieczór zaszliśmy jeszcze do drugiego baru na tej samej ulicy, żeby zyskać pespektywę. Młodzież słuchała tam głośnej, za to kiepskiej, muzyki i grała w jakąś dziwaczną grę, przypominającą bingo; nieznany nam, Słowianom, rodzaj planszówek, gdzie każdy miał swój marker i coś zaznaczał na specjalnych kartach. Za barem spotkaliśmy naszą rodaczkę, która sprzedała nam tym razem droższe piwo, za to gorsze i prawie takie samo małe. Wyszliśmy stamtąd szybko, bo bas dudnił niemiłosiernie i wyrywał trzewia. W zasadzie do dziś nie wiem, po co tam poszliśmy.

Nazajutrz, wstałem z samego rana, i poszedłem pobiegać, wzdłuż rzeki. Ku mojemu zaskoczeniu odkryłem, że obrany kierunek jest dużo ciekawszy, niż wczorajszy. Biegłem więc w górę rzeki; mijałem wodospady, woda cudownie meandrowała. Aż tu nagle spadł deszcz i musiałem chybcikiem wracać do hotelu. Po południu wybraliśmy się wraz z organizatorami, w podróż po okolicznych fiordach, statkiem wycieczkowym. Fiordy jadły nam z ręki, zwłaszcza że prawie w ogóle nie padało. Powróciliśmy po dwóch godzinach. Deszcz lał w najlepsze. Posiedziałem w hotelu, ogarnąłem się trochę, a wieczorem wyleźliśmy na spacer, ja i On, szlakiem przy rzece, który odkryłem z rana. Złaziliśmy tak wspólnie dwie godziny i usiedliśmy przy rzece na jedno, potem na drugie, potem grzecznie wróciliśmy do pokoju, wymęczeni, spać. O 1.30 zbudził nas alarm przeciwpożarowy. Początkowo sądziłem, że to którychś z naszych ancymonów odpalił fajkę i zaraz to wycie się skończy, a, proszę mi wierzyć, wyło toto strasznie, aż urywało łeb. Kiedy po minucie wycie nie ustawało założyłem na siebie co nie bądź i wychynąłem na korytarz, żeby zobaczyć, jak się mają sprawy. Okazało się, że alarmy włączyły się we wszystkich pokojach i na wszystkich piętrach; że wyje cały hotel. Zagadnąłem Irennneusza, żeby założył coś na siebie, bo czeka nas przymusowa przeprawa, 12 pięter w dół, schodami, gdyż część lokatorów jest już na dole i nie są to chyba żarty. Schodząc na parter, dołączały do naszej pielgrzymki coraz to nowe zastępy wiernych. Na wysokości czwartego piętra poczuliśmy lekki swąd palonych kabli, a na drugim piętrze natrafiliśmy na strażaków, którzy ubierali akuratnie maski tlenowe i szykowali się do akcji.

Wszystkich gości hotelowych wywalono na zewnętrze. Wokół hotelu stały na światłach wozy karetek, policji i straży pożarnej. Na szczęście nie było zimno, więc stało się i czekało w miarę znośnie. Po godzinie pozwolono nam wrócić do pokojów. Doczłapaliśmy się po długim marszu, na nasze dwunaste piętro i posnęliśmy natychmiast.

W dniu koncertu wyszedłem z rana na przebieżkę, potem wróciłem, zacząłem pisać teksty, znowu się zebrałem, wyszedłem na miasto. I tak mi upłynęło te kilka godzin do koncertu; trochę na niczym, a trochę na czymś półkonkretnym.

Występ w norweskim Oslo zorganizowano w klubie Vulkan. Był to pierwszy w tym miejscu koncert po półtorej roku przestoju związanego z covidową kwarantanną. I od razu klub zaliczył sold out. Od dawna nie pamiętałem tak długie kolejki do wejścia. Samo miejsce przyjemne, nie za duże, nie za małe, tak na 800 osób. A sami zebrani, nabuzowani i nakręceni-czuć było tę energie w powietrzu. Zresztą, nie tylko energię. Chwilę po pierwszym gwizdku, na sali rozchodził się już miły aromat sensimili, od czasu do czasu, wzmacniany kolejnym wyziewem.

Grało mi się tego dnia trochę pod górę, bo kondycja była dopiero budowana na nowy sezon, więc sił na 100 proc. wystarczyło mi do 20 numeru, a później musiałem rozważnie nimi dysponować, żeby dowieść do końca cały występ. Zwykle bowiem jest tak, że zaczynam grać od razu ile fabryka dała, a jak kończy się benzyna to jadę na luzie, albo na niższych obrotach, a że, jak jestem w ciągu treningowym w trakcie trasy, paliwo kończy się rzadko albo pod koniec, to nie mam z tym problemu. Żeby go jednak dostatecznie dużo naprodukować, trzeba wygrać swoje niezbędne pensum koncertowe, co w covidzie było niemożliwe, stąd i nierówna forma, nawet po wakacyjnym roztrenowaniu, które w poprzednich latach, w ogóle w tym nie przeszkadzało.

Po występie udaliśmy się na piechotę do hotelu. Doszli do nas reprezentanci męskiej części Kult-Turystów i tym sposobem, w bardzo szybkim tempie, pod hotelowymi drzwiami, gdyż wyproszono nas z własnym alkoholem ze środka, zniszczyliśmy kilka butelek mocnego trunku, w doborowym towarzystwie, choć powinienem napisać, że to raczej one zniszczyły nas, o czym przekonać się mieliśmy nad ranem, czyli za kilka godzin, bo o 10 odlatywaliśmy do Polski, na Okęcie.

W samolocie dowiedzieliśmy się z Morwą ile w liniach LOT kosztuje brak maski na pokładzie samolotu. A kosztuje 18 zł. Pani stewardesa poinformowała Piotrka, że bez maski może przebywać jedynie w trakcie konsumpcji, na co ten zaordynował malutką buteleczkę czegoś do picia i siedział tak z nią dwie godziny, do momentu wylądowania na „tej Ziemi”. U nas też nie sprawdzali paszportów na okoliczność zarazy.

Norwegii ciut i polskie artefakty

Pyta mnie ten i ów, czemu nie piszę, skoro miałem. A ja mu na to: piszę, tylko to co najpilniejsze, bo dużo mam tego pisania. Teksty gazetowe dwa razy w tygodniu plus rozprawa naukowa plus bierzączka. I tyle się robi tego pisarstwa, że na wspominki nie starcza czasu. Chyba, że się akuratnie ma wolny dzień w Norwegii…

W Gorzowie graliśmy z orkiestrą dętą. Dużo sobie po tym koncercie obiecywaliśmy i rzeczywiście, wyszło całkiem dobrze, choć zapewne i my i orkiestranci i publiczności mogli spodziewać się efektu wow, który nie wszyscy, jak podejrzewam, osiągnęli. Wiązało się to z paroma kwestiami, różnej natury, z których największą przeszkodą, tak jak i w moim wypadku, był brak czasu. Nie było kiedy przyjechać do Gorzowa, żeby zrobić solidną próbę, żeby nanieść na utwory poprawki, żeby się poumawiać i dobrze skomunikować co, gdzie i kiedy. No ale może dzięki temu kiedyś nadarzy się okazja, żeby koncert w podobnym wydaniu powtórzyć. Bo, przynajmniej dla mnie, pozostał niedosyt, że w obliczu takich możliwości jakie na ongiś mieliśmy, nie wykorzystaliśmy do końca ich potencjału.

Dzień po Gorzowie udawałem się na tydzień wypoczynku do koczującej na wyspie greckiej, grupy koleżeńskiej, która dotarła do Grecji tydzień przede mną. Pamiętam, że dość długo nie mogłem dojść do ładu, jak się do nich przebić i skąd. Samolotów z Poznania nie było. Funkcjonowały połączenia do Aten z Gdańska i Warszawy, ale w kompletnie niepasujących godzinach. Aż tu nagle przyszedł mi do głowy pomysł, że najbliżej Gorzowa z dużych miast jest przecież…Berlin. A tam połączeń nie brakowało. Szybko zakupiłem bilet na samolot. Nomen omen, dużo tańszy niż u nas. Pozostawała kwestia przedostania się do Niemiec. Wybrałem połączenie autobusowe, mieszane. Najpierw pekaesem do Szczecina a stamtąd kolejnym do Berlina, na samiuśkie lotnisko Schoenefeld. W Gorzowie najadłem się trochę strachu, bo autobus spóźnił się pół godziny. Za to w Szczecinie miałem godzinę zakładki, z której zrobiło się już tylko pół. Spożytkowałem ten czas na zakupy wiktuałów na dworcu, a dalej, czekałem tylko granicy i liczyłem w duchu na to, żeby nie zanotować zbytniej obsuwy, bo na berlińskim lotnisku zostawało mi niewiele ponad godzinę piętnaście do odlotu, co, jak wiadomo, nie zawsze wystarcza, zwłaszcza gdy się zna skrupulatność niemieckich pograniczników i reżimy covidowe. Na szczęście czarne scenariusz się nie sprawdziły. Chociaż, rzeczywiście, towarzystwo czesało na bramkach niemiłosiernie. Autobus przyjechał o czasie, ruch na Schoenefeld był wyjątkowo niewielki a niebo nad Berlinem bez jednej chmurki z temperaturami bliskimi wrzenia. Schroniłem się wiec szybko w hali odlotów, odnalazłem swój punkt z odprawami, ale com zaoszczędził czasu na przemieszczaniu, tom oddał z nawiązką przy kontroli bezpieczeństwa. Dość powiedzieć, że znalazłem się po drugiej stronie na kwadrans przed rozpoczęciem boardingu. Zdążyłem jedynie zakupić napoje na podróż, a dalej, to już żelazny ptak poniósł mnie do swoich. Dodam jedynie, że u Niemca nie wylegitymowałem się niczym, poza biletem na samolot. U Greków pokazywałem jedynie apkę w telefonie, z informacją, że jestem zaszczepiony. Wszystkie kwity którymi straszyli, dokąd się jedzie, w jakim celu, z kim, zostały nieruszone.

Po wakacjach pojechałem na parę dni na wschód, do rodziców. Tak to sobie obmyśliłem, że skorzystam z czasowej koincydencji i zabiorę się stamtąd z kolegami do Krotoszyna, po występie Kazika na festiwalu w Cieszanowie, który zawsze, jeśli tylko mogę, odwiedzam jako uczestnik albo wolny słuchacz. Takoż uczyniłem i w tym roku. Przyjechałem drugiego dnia, na występ Jelonka, rowerem. Z TL wychodzi jakieś 30 km. Podobnie i rowerem powróciłem. Po nocy, zwłaszcza lasem, było nieco creepy, ale miałem sprawne oświetlenie i żadna sarna ni zając nie zabiegły mi drogi. Nazajutrz dotarłem do Suśca, gdzie koledzy noclegowali i razem z Wietechą i Kazikiem ruszyliśmy w daleką drogę. Zaiste, droga była naprawdę długa. Ponad 500 km. Korek na autostradzie za Krakowem, przed Wrocławiem i za Opolem. Do tego palące słońce i nagrzana puszka, a w środku my. Dotarliśmy chyba po 9 albo 10h jazdy, wypluci i wymemłani. Za to koncert tego dnia zagraliśmy elegancki i ze szwungiem. Żarło wszystko na scenie, jak świnia. Albo nawet jak dwie. Po sztuce przejedliśmy co nie bądź w restauracji na rynku, która służyła nam za garderobę a dopiliśmy pod hotelem, w którym akuratnie odbywało się weselisko. Było już na szczęście po oczepinach.

Koncert w Słupsku, który odbył się następnego dnia, będę pamiętał z kilku powodów. Najważniejszy to ten, że wówczas, po raz pierwszy i ostatni spotkałem się na scenie z Bartem Sosnowskim, z którym nagraliśmy wspólny numer na płytę „Polskich Znaków”, o której opowiem w kolejnym odcinku. Później widziałem się z nim jeszcze raz, ostatni raz, na planie do klipu „PZ”. A później, miesiąc temu, Bart wziął i umarł. Bez pożegnania. Przewrócił się i nie wstał. Był rok młodszy ode mnie. Graliśmy z Jankiem Zdunkiem na jego pogrzebie na trąbach. W kościele i później na cmentarzu. Jednak to ze Słupska go zapamiętam. Uśmiechniętego i zachwyconego moim wyjściowym dresem w fioletowe kaczuszki i żółtą czapką kapitana Cousteau.

W Słupsku, po wielu latach, spotkałem się też z kuzynem, którego nie widziałem dotąd na oczy, ale wiedziałem, że istnieje. W Słupsku także zagrałem w jednym z ładniejszych miejsc koncertowych w tym kraju, tj. w Dolinie Charlotty, w której grywały przed nami tuzy światowego rocka, z Patti Smith i Billy Idolem na czele. Postaraliśmy się tego wieczoru nie być dużo gorsi od starszych, amerykańskich kolegów, i sądząc po reakcjach i komentarzach po występie, chyba się nam udało. Wracaliśmy następnego dnia do Warszawy w strugach deszczu. Cały dzień. Nawet na chwilę nie przestało padać.

Trzydniówka koncertowa na zakończenie wakacji była niezwykle urocza i sympatyczna, tak pod względem muzycznym jak i towarzyskim. Pogoda mogłaby być jeno trochę lepsza, zwłaszcza, żeby osłodzić nieco końcówkę urlopu, ale w końcu nie można mieć wszystkiego.

Kraków startował mocno i deszczowo. Pomimo lejącego na wciąż kapuśniaku, temperatura była zaskakująco wysoka. W Krakowie tego dnia podjął nas Gómi i Galicja. Gómi kawaler, bowiem miesiąc później nasz kolega zmieniał stan cywilny. Oszczędziliśmy sobie jednak kawalerskiej wódki, za to zagraliśmy mu iście weselnie i do tańca. Czuć było, że publiczność rozgrzana, nawet pomimo braku słońca, pomaga nam z każdym numerem. Może dlatego ten koncert zleciał nam w pięć minut. Następnego dnia wybrałem się na przebieżkę po okolicy. Jak po złości, słońca nie brakowało. Pogoda była wymarzona, choć czuć już było jesień w powietrzu.

Plenery wrocławskie są zawsze specyficzne, nie wiem czym podszyte, ale coś w sobie mają, coś tak bardzo fajnego, że wręcz nieuchwytnego. Wrocławski koncert był jeszcze lepszy i jeszcze mocniejszy niż poprzedni, choć już krakowski był spod znaku tych bardzo dobrych. Potwierdzili to dawno niewidziani na Kulcie renegaci z byłego forum i IRC-u; że, choć nie było ich na koncertach od dawna, i choć skład dość mocno zrotował, to mocy nie ubyło a nawet jakby przybyło. Na pewno zespół zyskał na precyzji wykonania, to potwierdzał każdy. Rzeczywiście, wszyscy byliśmy tego dnia w formach medalowych. Kazik śpiewał czysto, my z dźwiękiem jak żyletka. Może dlatego, w ostatnie, ciepłe dni sierpnia, pofolgowaliśmy sobie po robocie przy nasypie, w bardzo zacnym gronie, do późnych godzin wieczornych. Ale warto było.

Z rana czułem się jeszcze na tyle dobrze, że odwiedziłem swoją ciotkę – seniorkę, na wrocławskim Nowym Dworze, uprzednio robiąc jej w samie zakupy i targając je na trzecie piętro. Z windą.  Ale zawsze. Gorzej poczułem się dopiero w drodze na Śląsk, tzn. do Zagłębia. Bo na koniec triduum przewidziano występ w Czeladzi. Na szczęście w porę wydobrzałem. W końcu nie czułem się źle po raz pierwszy więc wiem, jak sobie z tym radzić.

Jeśli w Krakowie padało, to w Czeladzi czekało nas oberwanie chmury. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, organizatorzy doszli do wniosku, że nie ma sensu robić próby dźwięku, bo wszystko pływa do kostek w wodzie i tylko przydarzy się nieszczęście. Odesłano nas do hotelu, z czego akurat bylem zadowolony, bo mogłem odespać wrocławskie, nocne dokazywanie.

Z każdą godziną przejaśniało się, ale do pełnego rozpogodzenia zostało bardzo daleko. Graliśmy tego dnia na końcu, więc czas działał na naszą korzyść, choć wiem z doświadczenia, że nie ma nic gorszego, niż zmoknięta i zziębnięta publiczność, która marzy o ciepły kocu i herbacie niźli o harcach pod sceną. Tak czy owak, ostało się na naszym występie jeszcze pełne spektrum amfiteatru, który wypełnił się po brzegi, kiedy grał kolega Vito i Bitamina. Skąd inąd z Vito też nagraliśmy numer na „Polskie Znaki”, a nazajutrz wracaliśmy z Janem Zdunem pociągiem, bladym świtem, żeby zdążyć na klip. Ten sam, na którym po raz ostatni widzieliśmy Sosnowskiego.

Skończyliśmy bardzo późno. Na tyle późno, że nikomu w głowie nie były gry i zabawy w podgrupach. Szybko zawinęliśmy się w swoje koce i kołdry. Ja i Jan na 4 godziny, bo przed szóstą mieliśmy pociąg do Warszawy. Potem szybko do mnie, do domu. Przebierka. Auto i na drugą stronę miasta, na plan. A tam, jak to w takich miejscach i sytuacjach: czeka się i czeka i czeka. I czeka. Na tyle długo, że złapałem 2 albo i 3 godziny snu w samochodzie, na tylnym siedzeniu. I jakoś dociągnąłem do szczęśliwego(?) finału.

Ostatni koncert przed trasą październikową zagraliśmy pod domem, w Brwinowie. Pamiętam, że parę lat temu też tam graliśmy. Też w podobny, wrześniowy czas. Pamiętam też, że przed tamtym koncertem, Madzia, żona Tomka Glazika, trafiła na porodówkę, a dzień później urodziła się mała Irenka.

W tym roku Brwinów zgotował nam miłe pożegnanie lata. Raz, że, mimo zimna, zagraliśmy solidny koncert, a dwa, że odebraliśmy tego dnia na scenie złote płyty od wydawcy, za ostatni „Ostatni” album. Takie wyróżnienia zawsze są miłe, i tym milej, jak jest ich dużo, ale jak tak dalej pójdzie, to będę się musiał zastanowić nad zaanektowaniem kolejnej ściany na obrazki, bo jeden rządek w sypialni już się zapełnił i nie ma gdzie wieszać fantów. Jak to w takich, przydomowych sytuacjach, przyjechałem na koncert autem i autem do domu powróciłem. A po wtóre i ostateczne, to zgodnieśmy się odnieśli, wszyscy muzykanci, że sporo lat koncertujemy, ale tak niekompetentnej ochrony, jaka była na koncercie w Brwinowie, dawno nie widzieliśmy. Towarzystwo nie pozwalało latać na rękach publice i w sile kilku chłopa przepychało skoczka w stronę publiczności, jak niechcianą piłkę na plaży. Wyglądało to komicznie i żenująco, a mogło skończyć się dużo gorzej, bo kilka osób przeleciało im przez ręce na glebę. Wietecha interweniował u organizatorów w trakcie, ale, oczywiście w trakcie nie wymienią agencji ochrony. Zrobią to jednak jak najszybciej. Tak przynajmniej twierdzili.

Dzisiaj w Oslo, ok 1:30 w nocy, obudziło nas przeraźliwe wycie alarmu przeciwpożarowego. Początkowo myśleliśmy, że to któryś z naszych ancymonów zapalił papierosa i że zaraz wszystko ucichnie. Ale nie, alarmy rozwyły się wszędzie. Wyjrzałem na korytarz. Ludzie poczynali wyłazić z pokojów i udawać się schodami, a mieszkamy na 12 piętrze, na dół. Obudziłem kolegę Irka. Założyliśmy na wierzch co nie bądź i poczęliśmy leźć razem z innymi. W trakcie schodzenia dołączały do nas nowe zastępy wiernych. Na 4 piętrze poczuliśmy lekki swąd, a na drugim spotkaliśmy brygadę strażacką, która ubierała maski tlenowe i przygotowywała się do wejścia do jednego z pomieszczeń. Zeszliśmy na parter. Tam policja wyprosiła wszystkich, hotelowych gości na zewnętrze, i tak czekaliśmy, w piżamach, szortach, klapkach na dworze/polu, aż norweskie służby się uwiną. Albo i nie. Na szczęście pogoda była znośna. Na szczęście też nic poważnego nie zaistniało. Chyba, bo pozwolili nam, po godzinie oczekiwania, wrócić do swoich pokoi. Oczywiście na piechotę. Windy nie działały. Leźliśmy długo, bo to w końcu 12 piętro. Na dodatek nasz peleton prowadził dziadek o lasce, więc tempo nie mogło być szaleńcze. Staruszek zdezerterował na siódmej kondygnacji, a my wyrównaliśmy oddechy około jedenastego poziomu.

Samo miasto dziwne. Ładne i nieładne. Sam kraj i ludzie też. Ładni i dziwni. Za to drogo. Bardzo. Jak na Islandii albo i bardziej. Ale o tym napiszę jak wrócę, czyli jutro. O tym, o owym i o koncercie, do którego zostało raptem parę godzin, a ja chciałbym nacieszyć jeszcze oczy widokami…